Raleigh PL
Aktualności

Katalog Bikeworld - 2016-02-03

Nasze produkty znajdziecie już w nowym katalogu BIKEWORLD

Kielce BIKE EXPO - fotorelacja - 2015-10-05

 

 

Międzynarodowe Targi Rowerowe to profesjonalna impreza o coraz większym znaczeniu dla branży rowerowej. 

Współorganizatorem tego wydarzenia jest Polskie Stowarzyszenie Rowerowe. Jak co roku wystawie towarzyszył bogaty program wydarzeń.

Wśród nich były nie tylko firmowe spotkania, szkolenia, konferencje, warsztaty i prezentacje ale także finał konkursu Gmina Przyjazna Rowerzystom, Zlot Rowerów Nietypowych, testownia rowerów elektrycznych oraz kolejny etap Lotto Poland Bike Marathon, który zgromadził ponad pół tysiąca zawodników.

KIELCE BIKE-EXPO to miejsce rynkowych nowości prezentowanych przez liderów branży, a te w 2015 roku zaskoczyły innowacyjnością i kreatywnością.

Królowały także rowery elektryczne, ale i sprzęt poprawiający komfort oraz bezpieczeństwo jazdy.

KIELCE BIKE-EXPO były w tym roku bohaterem jednej z najchętniej oglądanych telewizji śniadaniowych w Polsce. Wejścia na żywo z hal targowych transmitowane były w TVP2 w programie Pytanie na Śniadanie. 

---> FILMIK PROMUJĄCY TARGI <---

Dziękujemy za przybycie w tym roku i zapraszamy na kolejną edycję targów od 29 września do 1 października 2016 roku!

 

 

Test RALEIGH REVENIO 3.0 - 2015-08-10

Zapraszamy do przeczytania testu roweru szosowego REVENIO 3 
 
"Komfort i aluminium? Jak to pogodzić? Przecież wiadomo, że karbon pod tym względem zawsze był na pierwszym miejscu. Nie wszyscy jednak pragną wydawać duże pieniądze na karbon lub zwyczajnie nie są do niego przekonani. Czy więc także tacy rowerzyści mogą zaznać nieco szosowego komfortu podczas długodystansowych wypraw?" 
 
Tego i wielu innych ciekawych rzeczy dowiecie się gdy tylko zechcecie otworzyć odnośniki:
 

---> Test <----

---> Galeria <---

Niebieska krew - 2015-03-17

Co? Chcesz mieć dobry rower carbonowy, które jest bardziej komfortowy niż kiedykolwiek jeździł i nie rozbić przy tym banku? Cóż, czytaj dalej.Revenio 2 wyposażony w lekkie elementy, które doskonale sprawdzają się podczas podjazdów i nasze podwójne felgi dla zwiększenia trwałości konstrukcji. Revenio 2.0 wyposażony we wszystkie nowe komponenty SRAM Rival 22 pomaga w utrzymaniu wysokiej wydajności podczas pedałowania. Jeśli chodzi o jakość, wydajność i komfort Revenio Carbon 2 pozwoli Ci na to wszystko!

 

http://raleigh.pl/rower/185

Obejrzyj niesamowity film- zgrupowanie TeamRaleigh - 2015-03-10

 

KLIKNIJ, ŻEBY OBEJRZEĆ ---------------->  https://www.youtube.com/watch?v=4c7BLxY2WO0

Team Raleigh trenuje w Hiszpani - foto relacja - 2015-03-09

Wiosna! Ach to Ty! - 2015-03-06

Wiosna coraz bliżej!
 

Wiedzieliście, że mamy w ofercie takie klasyczne jednobiegowe FIXIE w kolorach wiosny?

Oto model PROPAGANDA na ramie Raleigh CrMo!!! 

 

http://raleigh.pl/rower/211

Karol o nowej drużynie TR „W ekipie będę liderem” - 2015-02-11

 Karol Domagalski trafił właśnie do brytyjskiej drużyny kontynentalnej Team Raleigh!

Początki jego kariery to WLKS Krakus, później trafił do hiszpańskiego amatorskiego teamu Azysa – Conor WRC. W 2011 roku odnotował aż 9 zwycięstw Nie trzeba było długo czekać i w 2012 roku Karol podpisał kontrakt z zawodową drużyną Caja Rural. W zeszłym sezonie Karol miał okazje zmierzyć się z Vuelta a Espana, zawodnik dzielnie pokonał Wielki Tour, co zapewne zaowocuje w przyszłości. W Hiszpańskiej drużynie spędził 6 lat.

Wszystko toczyło się w odpowiednim kierunku i po sezonie spędzonym w amatorskim Caja Rural dostałem propozycję przejścia do zawodowej grupy… no i poleciało. Myślę, że dopiero w Caja Rural Professional poznałem co to jest prawdziwe kolarstwo, a patrząc dziś, z perspektywy 3 lat spędzonych w tej grupie, myślę, że to nie był dobry dla mnie wybór niestety. Z jednej strony wyglądało to dobrze, ale z drugiej to jednak był hiszpański zespół i to Hiszpanie mieli tam pierwszeństwo, a nie Polak. Obietnice i ustalenia schodziły na dalszy plan, kiedy okazywało się, że ktoś nie ma tak dobrego dnia, jakby chciał. Niewiele miałem więc okazji jazdy na własne konto, a wiadomo, że im ich mniej, tym trudniej trafić, że akurat tego dnia uda się to dobrze wykorzystać… a przynajmniej ja nie potrafiłem, co widać z resztą po moich wynikach z minionych dwóch lat. Uznałem, że potrzebna mi zmiana i zaryzykowałem żegnając się z Hiszpanią.

Caja Rural nie dala Domagalskiemu szansy na kontynuowanie swojej kariery w ich barwach, sam zawodnik komentuje sprawę tak „Jak już wiecie lub domyślacie się, zakończyłem swoją trzyletnią przygodę z Caja Rural-Seguros RGA, a kolejny rok spędzę już w innej drużynie. Sprawy się przeciągały i wszystko wyszło dość późno, nie bylo więc praktycznie szans by podpisać kontrakt z drużyną prokontynentalną. Tak więc zdecydowalem się na drużynę trzeciej dywizji. Jak to mówią – czasami trzeba zrobić jeden krok w tył, żeby potem zdobić dwa w przód. Oby to się sprawdziło i w moim przypadku! Drużyna, do której trafiłem może i jest ”tylko” kontynentalna, ale za to da mi coś, czego bardzo brakowało mi przez ostatnie trzy sezony. W ekipie będę liderem i właśnie to mnie przekonało. Do tego odpowiadający mi kalendarz z wyścigami UCI.

„Z perspektywy czasu jak na dłoni widać popełniane błędy i nieodpowiednie decyzje. Zacząłem pracować nad moimi słabościami i wierzę, że uda mi się stopniowo je eliminować. Chcę się rozwijać, poprawiać swoje umiejętności i zacząć znów odnosić sukcesy. Nowy zespół, to nowe możliwości i mam nadzieję, że ta zmiana wyjdzie mi na dobre. W Team Raleigh będę jednym z liderów. Oczywiście nie oznacza to, że każdy wyścig będę jeździł na swoje konto, ale na pewno będę miał takich szans więcej, niż przez minione trzy lata łącznie. Wiem, że t nie jest duża ekipa, ale doceniam tradycje, jakie mają. Będziemy się ścigać głownie w Wielkiej Brytanii, Francji i Niemczech, ale może i do Polski zawitamy? Czas pokaże:)

http://www.procyclingstats.com/rider/Karol_Domagalski

Karolowi życzymy powodzenia w nowej drużynie TEAM RALEIGH i spełnienia kolarskich marzeń!

 

 

 

 

 

Polak w TEAM RALEIGH! - 2015-02-06

Mamy wielką przyjemność przedstawić polskiego zawodnika Karola Domagalskiego, który zasilił szeregi Team Raleigh

Więcej informacji o zawodniku znajdą Panstwo pod tym linkiem

 https://www.facebook.com/DomagalskiKarol

Po środku Karol w stroju drużynowym

 Gratulujemy!

Katalog 2015 od dzis on line! - 2015-01-29

Najlepszego 2015! - 2015-01-09

Nowy 2015 Rok niech przyniesie Wam wszystkim wiele niezapomnianych chwil spędzonych na rowerowych ścieżkach, wiele emocji i sukcesów podczas sportowej rywalizacji, a przede wszystkim nową, niespożytą energię, która pozwoli nam wspólnie szerzyć zdrowe "rowerowe uzależnienie" ;)

 

 

Test Raleigh Oakland! w kwietniowym "rowertour" - 2014-04-07

W kwietniownym numerze beda Państwo mieli okazję dowiedziec sie jak na tle innym wiodących marek wypadl nasz model Raleigh Oakland.

"Dwa tysiące złotych za rower to dużo czy mało? A za rower trekkingowy? A za taki, którym pojedziemy w świat? A taki, który wróci w całości z tej podróży?"

Czego można się spodziewać po dwóch kołach za dwa koła przeczytacie w kwietniowym Rowertourze!

 

ZAPRASZAMY DO LEKTURY!!!

 

Oficjalna prezentacja Team Raleigh 2014 - 2014-02-26

W środe, 19 Lutego 2014 miała miejsce oficjalna prezentacja Team Raleigh, która odświeżona powraca po bardzo udanym seoznie w 2013 roku

 

Team-Raleigh-2014-launch1

Tył(L-P): Giddings, White, Pridham, Stones, Christian, Blain, Atkins, Perrett, Barker, Hinault, Vicars.
Przód (L-P): Lourenco, Oliphant, Wilkinson, Boulo, Kneisky, Berthou, Zoetemelk, Roche.

 

Nowe Stroje - W tym roku Team Raleigh bedzie ścigał sie w sztandarowych kolorach TI-Raleigh Team, które przynosiły szczęscie zawodnikom w latach '70 i '80, podczas Tour de France w 1980 i 77 "pudeł" podczas innych zawodów.

Głowni sponsorzy w tym roku to GAC, iPro i Skoda, partnerami zostali SRAM, Schwalbe, Unior, Motorex, E-Careers. 

Pełna lista sponsorów dostępna pod linkiem http://www.teamraleigh.co.uk/OurSponsors.aspx

 

Evan-on-the-pipes

 

Team-Raleigh-2014-12

 

 

 

Ostatni pokaz zdjęć "W poprzek Afryki" - 2014-02-18

Zapraszamy serdecznie wszystkich miłośników rowerów Raleigh i ciekawych historii z wyprawy po Afryce na pokaz zdjęć z ostatniego etapu wyprawy rowerowej "Afryka. Przekrój poprzeczny"

Link do wydarzenia na Facebook-u

https://www.facebook.com/events/516948711760228/

 

Bikektalog.pl 2014 juz w sieci! - 2014-02-03

Katalog rowerowy 2014 w sieci!

http://katalog.bikeworld.pl/2014/web/szukaj/wszystkie/raleigh


Redakcja portalu bikeWorld.pl uruchomiła nową wersję swojego katalogu rowerowego na rok 2014. W katalog.bikeworld.pl znajduje się ponad 10 tysięcy rowerów, części, akcesoriów oraz odzieży.

Zmiany

Jubileuszowa, dziesiąta, edycja katalogu może pochwalić się bardziej przejrzystą szatą graficzną, nowoczesnym systemem nawigacji oraz nastawieniem na maksymalny komfort przeglądania i wyszukiwania produktów. Stronę można przeglądać zarówno na pececie, komórce czy tablecie, a wszędzie wygląda tak samo dobrze. Wyszukiwarka działa bardziej wszechstronnie i intuicyjnie. Dzięki funkcji filtrowania można w sposób dynamiczny wskazać konkretną markę, wybrać dla niej kategorię produktu czy interesujący nas zakres cenowy. Ciekawym rozwiązaniem wydaje się być mapa Google. Ta, umieszczona pod większością produktów, została otagowana sklepami w których można odnaleźć produkty marki, którą aktualnie się interesujemy.

Od teraz katalog znajdziecie pod adresem: katalog.bikeworld.pl, a nie jak do tej pory pod domeną bikekatalog.pl, pod którą wciąż można znaleźć archiwalne katalogi z lat 2005-2013.

http://katalog.bikeworld.pl/2014/web/szukaj/wszystkie/raleigh

Zapraszamy do przeglądania!

 

 

 

Raleigh revenio 2.0 w bikeBoard - 2014-01-28

Raleigh Revenio 2.0 , 3499 pln

"...Revenio 2 zrobił na nas znakomite wrażenie. Aktualnie trudno o lepszą ofertę w tej grupie cenowej, jeśli chodzi o połączenie właściwości jezdnych i ceny..."

http://testy.bikeboard.pl/artykuly,pokaz,el3004dylg

foto bikeBoard

Nasi na Zimowym Triathlonie Warszawskim - 2014-01-22

Nasi na Zimowym Triathlonie Warszawskim - 2014-01-22

 

 

 

Warszawski Triathlon Zimowy 2014.

Uczestnicy zawodów mieli do pokonania: 4 km biegu, 2 km na łyżwach i 12 km na rowerze. 
Ela Mzyk jadąca w Świat Rowerów Raleigh Team zajęła w Open Kobiety wysoką 6 lokatę ( 4 lok. w K-30) na 32 zawodniczki.

GRATULUJEMY!!! :)

RALEIGH na Targach BIKE EXPO w Kielcach - 2013-10-10

Rowerowy zawrót głowy czyli TARGI KIELCE BIKE EXPO.

Podczas tegoroczynch targów mieli Panstwo okazje i przyjemnosc obejrzec najnowsza kolekcje modeli rowerow na sezon 2014.



 

 

Podczas Targów rowerowych Kielce Bike-Expo jak co roku przyznano medale i wyróżnienia.

W tym roku zasady przyznawania nagrów troche sie zmienily i zamiast jednej komisji składającej się z przedstawicieli branżowych mediów mieliśmy dwie.

W kategorii DESIGN RALEIGH moze poszczycic się wygraną - RALEIGH REVENIO 2 z grupy Road.

 

 

atronat nad targami w tym roku objęli Polski Komitet Olimpijski, Europejska Unia Kolarska, Polski Związek Kolarski, Europejskie Stowarzyszenie producentów Rowerów, Stowarzyszenie Europejskich Producentów Części i Akcesoriów Rowerowych, wojewoda świętokrzyski, marszałek województwa świętokrzyskiego oraz prezydent Miasta Kielce.

Test licznika WFI-20 RSP-Raleigh Special Product - 2013-07-12

 

WFI-20

Cena 79 zl

Masa 63 g.

 Nasz licznik otrzymał najwyższą notę  - 4,9!  w teście tanich liczników bezprzewodowych.

Zachęcamy do kupienia nowego numeru magazynu bikeBoard i  do przeczytania o jego  zaletach.

Kolejne sukcesy Romana Badury, 2 i 3 miejsca! - 2013-07-12

Kolejne sukcesy bytomskiego sportowca

"Roman Badura, miłośnik jednośladów i organizator imprez rowerowych w Bytomiu udowodnił, że nie straszne mu długie dystanse. Podczas Road-Maraton na słynnej Pętli Beskidzkiej w Wiśle zajął 3. miejsce, pokonując 160 km trasę. Z kolei na BIKE Maraton w Myślenicach był tuż za podium. 65-kilometrowy odcinek przejechał w pięć godzin.

 

Roman Badura jest organizatorem imprez rowerowych w Bytomiu, w tym między innymi: Rowerowej Masy Krytycznej i Nocnego Rajdu Rowerowego. Pełni również funkcję Pełnomocnika Prezydenta ds. miasta przyjaznego rowerom."

 

GRAULUJEMY!

 

 

 

 

Podsumowanie Wyprawy - 2013-07-02

AFRYKA. PRZEKTRÓJ POPRZECZNY.

 

"Z przyjemnością zawiadamiamy, ze wyprawa „Afryka. Przekrój Poprzeczny” zakończyła się w planowanym terminie, a jej uczestnicy cało i zdrowo wrócili do domu.

Niestety nie w pełni udało nam się zrealizować założenia. Na przeszkodzie stanęła sytuacja polityczna w Republice Środkowoafrykańskiej i w Demokratycznej Republice Konga. Te kraje są teraz niedostępne dla rozsądnych turystów. Mamy nadzieję, ze konflikty kiedyś się zakończą. Będziemy mogli wtedy wrócić na Czarny Lad, bo dokończyć marszrutę w poprzek kontynentu.

Tym razem musieliśmy zmodyfikować trasę wyprawy i ostatnie dwa miesiące spędziliśmy podróżując po krajach Afryki Południowej. Mimo tej zmiany uważamy wyprawę za bardzo udana. Odwiedziliśmy dziesięć krajów, przejeżdżając na rowerach ponad dziesięć tysięcy kilometrów. Zobaczyliśmy wiele niezwykłych miejsc, poznaliśmy wielu ciekawych ludzi, przeżyliśmy mnóstwo przygód.

Wspomnieniami z tej półrocznej podroży będziemy dzielić z innymi. Planujemy zorganizować serie spotkań z uczestnikami podroży połączonych z pokazami zdjęć, których mamy ponad piec tysięcy. Bada się odbywać w klubach podróżniczych, w kawiarniach, domach kultury, n uniwersytetach trzeciego wieku. Chcielibyśmy tez dotrzeć w miejsca, gdzie tego rodzaju spotkania organizuje się rzadko – w domach dziecka, szpitalach. Pierwsze spotkanie odbyło si w ubiegłym tygodniu w szpitalu dziecięcym przy ul. Działdowskiej.

Zamierzamy również zmontować pełnometrażowy film o naszej podroży. Będziemy go pokazywać podczas festiwali podróżniczych w całym kraju. Zależy nam, by premiera filmu odbyła się na październikowym festiwalu, który nasze stowarzyszenie organizuje na Bemowie. Okazja jest piętnasta rocznica naszej pierwszej wyprawy rowerowej.

Ukazała się jak dotąd jedna publikacja prasowa poświęcona tej wyprawie – tekst.pl : zielona uśmiechnięta Afryka” w styczniowym bikeBoard-zie. Mamy nadzieję, ze na kanwie naszej wyprawy powstanie jeszcze kilka materiałów prasowych. Liczymy tez, ze uda się opisać te podróż w formie książkowej.

Zapewniamy, ze podczas każdej z tych prezentacji wspomnimy o naszych sponsorach. Mam przyjemność poinformować, ze strona internetowa www.welocypedy.pl bila rekordy oglądalności. Miedzy październikiem a majem 2013 odnotowaliśmy średnio niemal 6000 wywolan miesięcznie. Na stronie pojawiło się 17 artykułów poświęconych wyprawie. Na swych blogach uczestnicy podroży opublikowali 162 wpisy. Profil „Welocypedów” na Facebook-u zyskał około 200 nowych sympatyków. N naszej stronie internetowej zamieściliśmy log Patronów i Sponsorów, włączając w to oczywiście logo Raleigh.

Chcielibyśmy serdecznie podziękować Państwu za wsparcie, jakiego udzielili Państwo tej wyprawie. Z największą przyjemnością opowiemy osobiście o tej niezwykłej podroży."

Łucja Matusiak

Maciej Czapliński

Rowery wyprawowe STORM 2.0 DISC i STORM 2.0 DISC lds

 

 

 

 

STOWAWAY 7 - test - www.mtbikes.pl - 2013-07-01

RALEIGH STOWAWAY 7

"...Raleigh StowAway 7 to rower, który wybiorą głownie osoby oczekujące od roweru bardzo małych wymiarów i wygody w przechowywaniu oraz transporcie.Do niedawna sprzęt tego typu był w naszym kraju raczej niszowy. Obecnie jednak ten trend się zmienia i coraz częściejw centrach wielkich miast spotyka się tego typu rowery zamiast popularnych “holendrów” i “mieszczuchów” Rower ten,
świetnie nadaje się on na krótkie dystanse w zatłoczonym mieście, a składana rama sprawi, że przewiezienie go w bagażnikusamochodu, w tramwaju, lub w windzie będzie dziecinie łatwe. Mimo, że StowAway to sprzęt typowo użytkowy, nie zabrakło wnim stylistycznych akcentów, które nadają mu nieco indywidualności..."

ZAPRASZAMY DO ZAPOZNANIA SIE Z CAŁYM ARTYKUŁEM N STRONIE

http://mtbikes.pl/artykuly/raleigh-stow-away-7-rower-kieszonkowy/

 

 

Raleigh StowAway 7 to rower, który wybiorą głownie osoby oczekujące od roweru bardzo małych wymiarów i wygody w przechowywaniu oraz transporcie. Do niedawna sprzęt tego typu był w naszym kraju raczej niszowy. Obecnie jednak ten trend się zmienia i coraz częściej w centrach wielkich miast spotyka się tego typu rowery zamiast popularnych “holendrów” i “mieszczuchów” Rower ten, świetnie nadaje się on na krótkie dystanse w zatłoczonym mieście, a składana rama sprawi, że przewiezienie go w bagażniku samochodu, w tramwaju, lub w windzie będzie dziecinie łatwe. Mimo, że StowAway to sprzęt typowo użytkowy, nie zabrakło w nim stylistycznych akcentów, które nadają mu nieco indywidualności.

Raleigh StowAway 7 to rower, który wybiorą głownie osoby oczekujące od roweru bardzo małych wymiarów i wygody w przechowywaniu oraz transporcie. Do niedawna sprzęt tego typu był w naszym kraju raczej niszowy. Obecnie jednak ten trend się zmienia i coraz częściej w centrach wielkich miast spotyka się tego typu rowery zamiast popularnych “holendrów” i “mieszczuchów” Rower ten, świetnie nadaje się on na krótkie dystanse w zatłoczonym mieście, a składana rama sprawi, że przewiezienie go w bagażniku samochodu, w tramwaju, lub w windzie będzie dziecinie łatwe. Mimo, że StowAway to sprzęt typowo użytkowy, nie zabrakło w nim stylistycznych akcentów, które nadają mu nieco indywidualności.
Raleigh StowAway 7 to rower, który wybiorą głownie osoby oczekujące od roweru bardzo małych wymiarów i wygody w przechowywaniu oraz transporcie. Do niedawna sprzęt tego typu był w naszym kraju raczej niszowy. Obecnie jednak ten trend się zmienia i coraz częściej w centrach wielkich miast spotyka się tego typu rowery zamiast popularnych “holendrów” i “mieszczuchów” Rower ten, świetnie nadaje się on na krótkie dystanse w zatłoczonym mieście, a składana rama sprawi, że przewiezienie go w bagażniku samochodu, w tramwaju, lub w windzie będzie dziecinie łatwe. Mimo, że StowAway to sprzęt typowo użytkowy, nie zabrakło w nim stylistycznych akcentów, które nadają mu nieco indywidualności.
Raleigh StowAway 7 to rower, który wybiorą głownie osoby oczekujące od roweru bardzo małych wymiarów i wygody w przechowywaniu oraz transporcie. Do niedawna sprzęt tego typu był w naszym kraju raczej niszowy. Obecnie jednak ten trend się zmienia i coraz częściej w centrach wielkich miast spotyka się tego typu rowery zamiast popularnych “holendrów” i “mieszczuchów” Rower ten, świetnie nadaje się on na krótkie dystanse w zatłoczonym mieście, a składana rama sprawi, że przewiezienie go w bagażniku samochodu, w tramwaju, lub w windzie będzie dziecinie łatwe. Mimo, że StowAway to sprzęt typowo użytkowy, nie zabrakło w nim stylistycznych akcentów, które nadają mu nieco indywidualności.
Raleigh StowAway 7 to rower, który wybiorą głownie osoby oczekujące od roweru bardzo małych wymiarów i wygody w przechowywaniu oraz transporcie. Do niedawna sprzęt tego typu był w naszym kraju raczej niszowy. Obecnie jednak ten trend się zmienia i coraz częściej w centrach wielkich miast spotyka się tego typu rowery zamiast popularnych “holendrów” i “mieszczuchów” Rower ten, świetnie nadaje się on na krótkie dystanse w zatłoczonym mieście, a składana rama sprawi, że przewiezienie go w bagażniku samochodu, w tramwaju, lub w windzie będzie dziecinie łatwe. Mimo, że StowAway to sprzęt typowo użytkowy, nie zabrakło w nim stylistycznych akcentów, które nadają mu nieco indywidualności.
Raleigh StowAway 7 to rower, który wybiorą głownie osoby oczekujące od roweru bardzo małych wymiarów i wygody w przechowywaniu oraz transporcie. Do niedawna sprzęt tego typu był w naszym kraju raczej niszowy. Obecnie jednak ten trend się zmienia i coraz częściej w centrach wielkich miast spotyka się tego typu rowery zamiast popularnych “holendrów” i “mieszczuchów” Rower ten, świetnie nadaje się on na krótkie dystanse w zatłoczonym mieście, a składana rama sprawi, że przewiezienie go w bagażniku samochodu, w tramwaju, lub w windzie będzie dziecinie łatwe. Mimo, że StowAway to sprzęt typowo użytkowy, nie zabrakło w nim stylistycznych akcentów, które nadają mu nieco indywidualności.
Raleigh StowAway 7 to rower, który wybiorą głownie osoby oczekujące od roweru bardzo małych wymiarów i wygody w przechowywaniu oraz transporcie. Do niedawna sprzęt tego typu był w naszym kraju raczej niszowy. Obecnie jednak ten trend się zmienia i coraz częściej w centrach wielkich miast spotyka się tego typu rowery zamiast popularnych “holendrów” i “mieszczuchów” Rower ten, świetnie nadaje się on na krótkie dystanse w zatłoczonym mieście, a składana rama sprawi, że przewiezienie go w bagażniku samochodu, w tramwaju, lub w windzie będzie dziecinie łatwe. Mimo, że StowAway to sprzęt typowo użytkowy, nie zabrakło w nim stylistycznych akcentów, które nadają mu nieco indywidualności.
Raleigh StowAway 7 to rower, który wybiorą głownie osoby oczekujące od roweru bardzo małych wymiarów i wygody w przechowywaniu oraz transporcie. Do niedawna sprzęt tego typu był w naszym kraju raczej niszowy. Obecnie jednak ten trend się zmienia i coraz częściej w centrach wielkich miast spotyka się tego typu rowery zamiast popularnych “holendrów” i “mieszczuchów” Rower ten, świetnie nadaje się on na krótkie dystanse w zatłoczonym mieście, a składana rama sprawi, że przewiezienie go w bagażniku samochodu, w tramwaju, lub w windzie będzie dziecinie łatwe. Mimo, że StowAway to sprzęt typowo użytkowy, nie zabrakło w nim stylistycznych akcentów, które nadają mu nieco indywidualności.
Raleigh StowAway 7 to rower, który wybiorą głownie osoby oczekujące od roweru bardzo małych wymiarów i wygody w przechowywaniu oraz transporcie. Do niedawna sprzęt tego typu był w naszym kraju raczej niszowy. Obecnie jednak ten trend się zmienia i coraz częściej w centrach wielkich miast spotyka się tego typu rowery zamiast popularnych “holendrów” i “mieszczuchów” Rower ten, świetnie nadaje się on na krótkie dystanse w zatłoczonym mieście, a składana rama sprawi, że przewiezienie go w bagażniku samochodu, w tramwaju, lub w windzie będzie dziecinie łatwe. Mimo, że StowAway to sprzęt typowo użytkowy, nie zabrakło w nim stylistycznych akcentów, które nadają mu nieco indywidualności.
Raleigh StowAway 7 to rower, który wybiorą głownie osoby oczekujące od roweru bardzo małych wymiarów i wygody w przechowywaniu oraz transporcie. Do niedawna sprzęt tego typu był w naszym kraju raczej niszowy. Obecnie jednak ten trend się zmienia i coraz częściej w centrach wielkich miast spotyka się tego typu rowery zamiast popularnych “holendrów” i “mieszczuchów” Rower ten, świetnie nadaje się on na krótkie dystanse w zatłoczonym mieście, a składana rama sprawi, że przewiezienie go w bagażniku samochodu, w tramwaju, lub w windzie będzie dziecinie łatwe. Mimo, że StowAway to sprzęt typowo użytkowy, nie zabrakło w nim stylistycznych akcentów, które nadają mu nieco indywidualności.v
Raleigh StowAway 7 to rower, który wybiorą głownie osoby oczekujące od roweru bardzo małych wymiarów i wygody w przechowywaniu oraz transporcie. Do niedawna sprzęt tego typu był w naszym kraju raczej niszowy. Obecnie jednak ten trend się zmienia i coraz częściej w centrach wielkich miast spotyka się tego typu rowery zamiast popularnych “holendrów” i “mieszczuchów” Rower ten, świetnie nadaje się on na krótkie dystanse w zatłoczonym mieście, a składana rama sprawi, że przewiezienie go w bagażniku samochodu, w tramwaju, lub w windzie będzie dziecinie łatwe. Mimo, że StowAway to sprzęt typowo użytkowy, nie zabrakło w nim stylistycznych akcentów, które nadają mu nieco indywidualności.
Raleigh StowAway 7 to rower, który wybiorą głownie osoby oczekujące od roweru bardzo małych wymiarów i wygody w przechowywaniu oraz transporcie. Do niedawna sprzęt tego typu był w naszym kraju raczej niszowy. Obecnie jednak ten trend się zmienia i coraz częściej w centrach wielkich miast spotyka się tego typu rowery zamiast popularnych “holendrów” i “mieszczuchów” Rower ten, świetnie nadaje się on na krótkie dystanse w zatłoczonym mieście, a składana rama sprawi, że przewiezienie go w bagażniku samochodu, w tramwaju, lub w windzie będzie dziecinie łatwe. Mimo, że StowAway to sprzęt typowo użytkowy, nie zabrakło w nim stylistycznych akcentów, które nadają mu nieco indywidualności.
Raleigh StowAway 7 to rower, który wybiorą głownie osoby oczekujące od roweru bardzo małych wymiarów i wygody w przechowywaniu oraz transporcie. Do niedawna sprzęt tego typu był w naszym kraju raczej niszowy. Obecnie jednak ten trend się zmienia i coraz częściej w centrach wielkich miast spotyka się tego typu rowery zamiast popularnych “holendrów” i “mieszczuchów” Rower ten, świetnie nadaje się on na krótkie dystanse w zatłoczonym mieście, a składana rama sprawi, że przewiezienie go w bagażniku samochodu, w tramwaju, lub w windzie będzie dziecinie łatwe. Mimo, że StowAway to sprzęt typowo użytkowy, nie zabrakło w nim stylistycznych akcentów, które nadają mu nieco indywidualności.

bikeBoard #6 strona 78 - test RALEIGH PULSE 7 lds - 2013-06-13

bikeBoard #6 strona 78

 



"...Raleigh Pulse 7 od razu ujął mnie swoją prostą sylwetką i wyglądem typowym dla skromnego, klasycznego mieszczucha. Gięta kierownica, amortyzowany wspornik siodła oraz szeroka, wygodna, żelowa kanapa Selle Royal Freedom - czego można chcieć więcej? A no, wspomagania elektrycznego! Sprytnie usytuowana bateria w ogóle nie zwraca na siebie uwagi, na pierwszy rzut oka wygląda jak zabudowany bagażnik. Na kierownicy znajduje się bardzo intuicyjny panel sterowania (...) Pulse 7 to stylowy pojazd z „dopalaczem” na zachętę, idealny na miejskie wojaże. Dopasujesz do niego każde szpilki, a torebkę przymocujesz bezpiecznie na bagażniku. I tylko zmierzwiona wiatrem fryzura będzie świadczyć o tym, że trasę na spotkanie pokonałaś na rowerze. O zmęczeniu czy nierównym oddechu nie ma tutaj mowy..."



Więcej w Czerwcowym Magazynie bikeBoard
http://bikeboard.pl/6-2013
https://www.facebook.com/bikeBoard?fref=ts

 

 

 

AKCESORIA RALEIGH juz dostepne - 2013-05-24

 

Czy wiesz, ze od dziś w Polsce dostępne są

oryginalne akcesoria naszej marki?

Duzy wybor lampek, kaskow, pompek i wiele innych.

Sprawdz to!

Fragmenty wywiadu z zawodnikiem z Bytomia - 2013-05-16

 

"Rowerzysto zaplanuj sezon"


"Po długo utrzymującej się zimie sezon na jednoślady ruszył pełną parą. Świadczy o tym rekordowa frekwencja na ostatniej Bytomskiej Masie Krytycznej. Ulice naszego miasta opanowało aż 230 cyklistów. Roman Badura, sportowiec i organizator imprezy radzi amatorom dwóch kółek, jak przygotować się do najbliższych miesięcy."

Z wywiadu mozemy dowiedziec sie co nalezy zrobic aby rower po okresie zimowym sluzyl nam jak najlepiej i najdluzej.

Dodatkowo przyblizone zostaly terminy najblizyszych imprez rowerowych w Bytomiu i okoliach:

Na poczatek nocny rajd rowerowy. Prawdopodobnie będzie to 29 maja.

16 czerwca odbędzie się IV Bytomski Rodzinny Rajd Rowerowy. Kolejne edycje planuję na lipiec i sierpień.

W wakacje tradycyjnie organizowane beda przejażdżki Trasami Alternatywnymi, w tym roku beda to Chechło i  Park Chorzowskiego.

Oprocz tego w każdą sobotę o 10.00 i w niedzielę o 15.00 rowerzyści spotykają się przy ulicy Witczaka 12, by wziąć udział we wspólnym treningu rekreacyjnym i wyczynowym. Mogą tu dostosować sobie trasę do swoich umiejętności i wybrać odpowiedni dla siebie dystans.

Caly wywiad dostepny pod tym linkiem http://www.bytom.pl/pl/10/1368455630/4 - Zapraszamy do lektury!!!

ZAPRASZAMY SERDECZNIE!

OCZYWISCIE NA RALEIGH-ach smiley

 

 

 

SKANDIA MARATON LANG TEAM - etap 1 - WARSZAWA - 2013-04-30

W sobote 27 kwietnia odbyła sie inauguracja SKANDIA MARATONU.

 

Po raz pierwszy w Warszawie, w Parku Agrykola wyroslo na pare godzin Miasteczko Zawodów, z ktorego o godzinie 11:00 wystartowalo ponad 3000 zawodników. 

 

Trasa maratonu była średnio trudna, opierała sie głownie na drogach utwardzonych, sciezkach rowerowych oraz na niewielkich odcinkach tereowych o twardym podlożu.

 

Około godziny 14:00 zaczela sie dekoracja uczestników.

 

 

Agnieszka Pawelec zajeła 2 miejscie w swojej kategorii.

GRATULUJEMY!

 

TEST ROWERU TALUS 26" w kwietniowym bikeBoardzie - 2013-04-27


 

"Okazuje się, że mając w rękach trochę ponad tysiąc złotych można kupić całkiem porządny i uniwersalny rower rekreacyjny (...)  podczas jazdy zachowuje stabilność i spokój. Zakręty pokonuje jak amerykański pastor w krążowniku szos - nieśpiesznie i z godnością. (...) Talus to nie jest rower, o którym się marzy, ale to on spełnia marzenia o wolności i podmiejskich rekreacjach. Dobrze spisuje się na asfalcie i na leśnych, niezbyt trudnych technicznie ścieżkach."

Pełny test można przeczytać w magazynie rowerowym bikeBoard #4/2013

www.bikeBoard.pl

 

Łucja i Czapla w telewizji TVP POLONIA - 2013-04-23

Kto nie miał okazji obejrzeć w TV Polonia materiału o podróży Łucji i Czapli przez Zachodnią Afrykę, może jeszcze zobaczyć go w  internecie.

Został zamieszczony na stronie internetowej Telewizji Polskiej:

 

 

http://www.tvp.pl/polonia/polonia-24/wideo/27022013-2200/10018946.

KONKURSIK! Do wygrania RALEIGH TALUS 1.0 29" - 2013-04-09

     KONKURS      KONKURS      KONKURS     KONKURS     KONKURS     KONKURS     KONKURS      

 

KONKURS z okazji 30 lecia ŚWIAT ROWERÓW, a w nim RALEIGH TALUS 29" do WYGRANIA!

Wystarczy tylko:

1. wydać 50 zł w naszych sklepach stacjonarnych,

2. wymyślić hasło rowerowe,

3. wypełnić kupon i wrzucić do urny w naszych sklepach stacjonarnych Świat Rowerów.

Szczegóły na www.swiatrowerow.com.pl

Proste? Proste :)

 


Powodzenia     Powodzenia     Powodzenia     Powodzenia

Najbliższe starty ŚwiatRowerówRaleighTeam - 2013-03-28

Głównym celem ŚwiatRowerówRaleighTeam jest LOTTO POLAND BIKE MARATHON http://www.polandbike.pl/

Najbliższy start 14 kwietnia w Nowym Dworze Mazowieckim

Wystartować w nich może każdy chętny.

Do wyboru są trzy dystanse: MAX (40-60 km), MINI (15-30 km) i FAN (6-10 km).

Dodatkowo na terenie Miasteczka Poland Bike ścigają się najmłodsi w wieku 2-4 i 5-7 lat.

 

Kolejnym ważnym przedsięwzięciem bedzie osiąganie jak najlepszych wyników w MAZOVIA MTB MARATHON
http://www.mazoviamtb.pl/

Maraton startuje 7 kwietnia w Otwocku

Dla zainteresowanych, pod tym linkiem można na bieżąco śledzic portal drużyny i osiągniecia podczas startów

http://www.mazoviamtb.pl/druzyna_Swiat_Rowerow_Raleigh_Team_842

 

Ostatnim onem jest maraton SKANDIA MARATON LANGTEAM http://www.skandiamaraton.pl/ ,na którym również mamy zamiar przejechać zauważeni!

Maraton startuje w Warszawie 24 kwietnia

 

DO ZOBACZENIA!

 

 

 

Wieści z Afryki - Niespodziewana zmiana trasy - 2013-03-25

No i wreszcie, po dwutygodniowym przedzieraniu się przez dzicz  docieramy do Yaounde, wymarzonej cywilizacji. Mimo zmęczenia nie planujemy zatrzymywać się tu na dłużej. Dzień, dwa i ruszamy dalej - do Duali. Tam mamy dogadany nocleg u dwojga Amerykanów złapanych na coachsurfingu. Tu w Yaounde jesteśmy natomiast umówieni, że możemy nocować w bibliotece (dzięki afrykańskim znajomościom Zuzy z Lille). Jak to wyjdzie - nie wiemy, trochę się obawiamy, zwłaszcza że do 9 wieczorem siedzą tam ludzie i dopiero potem moglibyśmy się rozłożyć. No, zobaczymy wieczorem. A tymczasem kierujemy pierwsze kroki do polskiego konsulatu, żeby przedstawić się pani konsul honorowej RP, z którą już od kilku dni jesteśmy w kontakcie. Pani konsul jest dla nas bardzo miła, gościnna i pomocna. Dzięki rozlicznym znajomościom w ciągu 10 minut załatwiła nam nocleg u polskiego księdza prowadzącego w Yaounde sierociniec. Więc nie musimy się już obawiać nocnego napadu książkowych moli w bibliotece. Samochodem jedziemy na południowe przedmieście stolicy, krążymy długo po asfaltowych, a potem bezasflatowych drogach i wjeżdżamy na rozległe podwórze domu św. Dominika.
- Skąd jesteście? A, z Warszawy. My w Poznaniu nie lubimy warszawiaków.
To były chyba pierwsze słowa, któreśmy usłyszeli. Ojciec Darek język ma ostry, a sądy trafne. Polubiliśmy go od razu (mimo że jest z Poznania). Jest jedynym polskim dominikaninem na Czarnym Lądzie. Przez kilkanaście lat był proboszczem w Bertoua na wschodzie Kamerunu, a teraz od dwóch lat prowadzi sierociniec w stolicy (ale dla dzieci z okolic Bertoua). Oto cała gromadka.

Preview

Nazajutrz po kurtuazyjnej wizycie w bibliotece, w której mieliśmy mieszkać (dobrze wyszło z tym sierocińcem), udaliśmy się znów do pani konsul. Przekazała nam nowinę:
- Macie pozdrowienia od konsula z Abudży. I propozycję nie do odrzucenia, żebyście już nie jeździli na rowerach po Kamerunie.
Akurat rozniosła się po świecie wiadomość o porwanych na północy kraju Francuzach. Cała rodzina, siedmioro turystów została schwytana przez terrorystów z Boko Haram i wywieziona do Nigerii. Wygląda na to, że niebezpieczeństwo dotąd ograniczone do północy Mali i Nigerii szybko rozlewa się na cały wschodni Sahel. Chyba udało nam się przemknąć naprawdę w ostatniej chwili. Niedługo skończy się podróżowanie nie tylko po Mali, ale i po Burkinie i Senegalu. Uważamy wprawdzie, że na południu Kamerunu nic nam nie grozi, ale nie możemy pozwolić sobie na zignorowanie ostrzeżenia z ambasady - nie chcemy psuć sobie dobrych relacji.
Postanawiamy nie czekać dłużej, tylko kupić bilety i pryskać do RPA. Wylatujemy w poniedziałek, co oznacza, że mamy jeszcze kilka dni.
- Nie ma problemu, możecie tu siedzieć - powiedział o. Darek - jestem przyzwyczajony do tego, że goście przyjeżdżają na tydzień a zostają trzy miesiące.

A wygląda na to, że ruch w interesie rzeczywiście jest spory. Coraz to zajeżdżają goście z Polski i nie tylko. O. Darkowi w to graj, bo im więcej osób usłyszy o jego małym sierocińcu, tym większe jest prawodpodobieństwo pozyskania jakichś sponsorów. A potrzeby są niemałe, bo właśnie rusza rozbudowa domu. Zamiast kilkunastu wkrótce będzie mieszkało tu sześćdziesięcioro dzieci. Trzeba przyznać, że o. Darek ma głowę do interesów. Czego to on już tu nie robił i nie hodował - rasowe psy obronne, osły, gołębie, co tam jeszcze - zysk przeznacza oczywiście na potrzeby sierocińca. Ma też motory i co raz to ktoś do niego na te motory przyjeżdża.

I tu czas na małą reklamę. Jeśli ktoś z czytających ten blog jest zapalonym motocyklistą lub ma znajomych będących zapalonymi motocyklistami, to niech rozważy kilkutygodniową przejażdżkę po Kamerunie. Wprawdzie w świetle ostatnich wydarzeń politycznych nie jest to już najbezpieczniejsze miejsce pod słońcem, ale to się przecież zmienia. A Kamerun to przepiękny kraj. Wszystko tu jest - i góry, i morze, i dżungla, i pustynia. "Afryka w miniaturze" - powiada o. Darek. Więc jeśli komuś zamarzyłoby się odkrywanie uroczych i ciekawych zakątków na dwóch kołach (z silnikiem), to może skontaktować się z o. Darkiem i przy okazji dobrej zabawy zrobić coś pożytecznego.Szczegóły tutaj (zdjęcie nie jest moje).

Mieszkaliśmy na obrzeżach miasta i nie czuliśmy wcale wielkiej potrzeby udawania się do centrum, bo w sierocińcu zajęć nam nie brakowało. Łucja godzinami gadała ze starszymi dziewczynami, ja poprzypominałem sobie harcerskie i zuchowe pląsy i zabawy i nauczyłem dzieci. Fajnie było słyszeć, jak nucą sobie pod nosem "Laj luli, laj luli...". Śpiewają też "Kalinkę", ale to już nie moja, lecz o. Darka zasługa.

Ostatnie dwa dni spędziłem niestety w łóżku. Malaria znów mnie dopadła, co gorsza, nie ta co zwykle, tylko ta paskudniejsza odmiana, która dominuje tu, w Zachodniej Afryce. Coartem nie zadziałał, trzeba było się przestawić na malarone i chininę i dopiero dzięki tej kombinacji udało się pasożyta wytruć. Ale dwa dni miałem z głowy. No i pakowanie w rezultacie zostało odłożone na ostatnią chwilę, czyli na niedzielny wieczór, kiedy nabrałem dość sił, by zwlec się z łóżka. Przez cały dzień zbierało się na burzę i w końcu przyszła - z nieba lały się wiadra wody, a my niespakowani. Wszystko oczywiście zamokło i nasiąkło, nie wiem, jak się jutro zmieścimy w limicie bagażu. No i będzie cudem, jeśli nie złapią grzyba.

Preview

Majorka...Rower...Team Raleigh... - 2013-03-18


Pierwszy obóz treningowy w nowym składzie.

 

https://www.youtube.com/watch?v=cAyq4ZtjCXk

 

Bardzo przyjemny obrazek dla oka i kojąca melodia dla ucha.

Koszulki wyprawowe Raleigh AFRYKA 2013 - 2013-03-12

Zachęcamy do wspierania akcji!

 Super propozycja dla rowerzystów!

"Jak widzieliście z pewnością na zdjęciach z Afryki, nosimy wyprawowe koszulki. Są naprawdę ładne, więc pomyśleliśmy, że może mielibyście ochotę się w takowe zaopatrzyć przed rozpoczynającym się wkrótce (cha cha cha) sezonem rowerowym. Na koszulkach, podobnie jak i na okładce kalendarza, znalazł się afrykański motyw z plakatu raleigha z lat międzywojennych, który wyjątkowo pasuje do naszej wyprawy. Jest też mapa z planowaną trasą podróży, logo welocypedów i – jako hołd dla patronów i sponsorów wyprawy – ich loga.

Koszulki można nabyć w trzech  wersjach:
1) z krótkim rękawem, z cienkiej oddychającej tkaniny, a jakiej zwykle są robione koszulki,
2) z takiejże tkaniny, ale z długim rękawem,
3) z długim rękawem, ale z grubszego, cieplejszego materiału.

Jest możliwość zindywidualizowania koszulki poprzez nadrukowanie imienia (albo czego tam chcecie) na kołnierzyku. Rozmiary są podane w tabeli na stronie producenta (zobacz). Koszulka męska różni się nieco od damskiej krojem. Koszulka kosztuje 115 zł (z krótkim rękawem) lub 135 zł (z długim, niezależnie od materiału, z jakiego jest wykonana). Zastrzegamy, że zamawiamy je partiami, przynajmniej po kilka sztuk, bo inaczej koszty przesyłki przez producenta stają się zbyt wysokie. W rezultacie może się zdarzyć, że zamówioną koszulkę dostaniecie dopiero po kilku tygodniach (zwłaszcza że uszycie też zajmuje trochę czasu). Podobnie jak w przypadku kalendarzy w podaną cenę wliczony jest koszt przesyłki i podobnie jak w tamtym przypadku można umówić się z Ulą na odbiór osobisty. Zaznaczam, że koszulka nie jest cegiełką na wyprawę i że podane ceny pokrywają wyłącznie koszty uszycia i przesyłki."

Formularz zamówienia na strone:   http://welocypedy.pl/index.php?art=423&kat=120&lang=1

Dziekujemy w imieniu całego teamu wyprawy!

 

 

Nowa drużyna "Świat Rowerów RALEIGH TEAM" - 2013-03-11

Dnia 23 lutego nawiązalismy współprace z team-em Świat Rowerów z Wołomina. Od tego czasu nazwa teamu to ŚWIAT ROWERÓW RALEIGH TEAM.

Mają juz na swoim koncie kilka malych sukcesów pod szyldem RALEIGH.

ZAWODNICY:

Moćko Daniel M4
Moćko Dominik FMJ
Apoznański Tadeusz M2
Krzymowska Marta K3
Gajewski Paweł M3
Radomski Kazimierz M4
Słowik Bolesław M5
Piwko Marcin M3
Kielczyk Alicja K4
Kielczyk Darek M4
Rosa Leszek M5
Rosa Elżbieta
Jasiński Zbigniew M3
Czarnecki Marcin M1
Tyll Andrzej M5
Piesiewicz Arkadiusz M3
Pszczółkowska Beata
Pszczółkowski Dariusz
Kosiński Marcin
Nowak Jan M4

 

24 lutego Świat Rowerów Raleigh Team, odniósł pierwsze sukces. Zawodnik naszego zespołu Jan Nowak zajął 3 miejsce w Santini Northtec MTB Zimą w kategorii M5 na dystansie Fan. Wielkie Gratulacje.

W niedzielę 03-03-2013, zawodnicy Świata Rowerów Raleigh Team, uczestniczyli w Prologu, LOTTO Poland Bike Marathon w Wieliszewie.
Zajeliśmy następujące miejsca:
Na dystansie Mini
Nowak Jan 1 lok. M-5
To już kolejny sukces naszego zawodnika na tegorocznych zawodach. Gratulujemy.

Na dystansie Max
Moćko Daniel 20 lok. M-4

GRATULUJEMY I TRZYMAMY KCIUKI ZA DALSZE SUKCESY!

Pierogi...kapuśniaki...szarlotka - 2013-03-11

Kapuœściana farma
  2013.03.10 13:53
 

"Kto czytał moją relację z poprzedniej podróży (albo stosowne rozdziały w książce), ten wie, że podróżowanie rowerem po RPA to prawdziwa przyjemność. Nie dość że jest przepięknie, to jeszcze można liczyć na fantastycznie przyjaznych ludzi. Dla kogoś, kto przyjechał z Polski to jest naprawdę niewyobrażalne, że można kogoś obcego wpuścić do domu, nakarmić, ba! - pozwolić mu u siebie mieszkać przez kilka dni. A jak na razie tylko jedną noc w RPA przespaliśmy pod namiotem. Na wszystkie kolejne zapraszano nas do domów. Fakt, że zwykle szukaliśmy takiej możliwości, bo pogoda nas nie rozpieszcza i nie chcemy ryzykować spłynięcia do oceanu (zaczęły się właśnie jesienne deszcze), więc wieczorami zajeżdżamy na samotne farmy: "-Przepraszam, czy możemy rozbić namiot na pana ziemi? -Dlaczego namiot? Dam wam pokój". Poza tym jesteśmy naprawdę zmęczeni, bo właśnie zaczęły się prawdziwe góry. Najpierw wyglądało to niegroźnie - ot zwykłe pagórki, ale trzeciego dnia musieliśmy wspiąć się naprawdę wysoko - GPS pokazał ponad 2200 m n.p.m. Oto kilka zdjęć z gór i wykresów wysokości (z 2, 3 i 4 marca).


 
Nie ma to jak po długiej wspinaczce wziąć ciepły prysznic, a potem wyspać się w wygodnym łóżku. Ale tak się złożyło, że wkrótce po opuszczeniu Witbank musieliśmy wystawić południowoafrykańską gościnność na próbę. Okazało się, że musimy zrobić  dłuższą przerwę w podróży. Nie będę wchodził w szczegóły, dość powiedzieć, że nie byłem w stanie już siedzieć na siodełku, a nawet na miękkiej kanapie. Zawiniło zbyt wysoko ustawione po przylocie do Johannesburga siodełko. Dojeżdżając pod wieczór do Lydenburga byłem już zdecydowany, że następnego dnia idę do lekarza. Miasto już widać w dole, jeszcze z 10 km zjazdu i będziemy. W tym momencie z zaparkowanego przy drodze samochodu wyskakuje facet w kapeluszu i krzyczy do nas: "Dokąd jedziecie? Może chcecie przenocować na mojej farmie?"
Okazało się, że Rex i Daleen sami podróżują i lubią towarzystwo podróżników (co nie zawsze idzie w parze). Francois, syn Daleen, gdy tylko usłyszał, że jesteśmy z Polski, przedstawił nam się jako Franio i poinformował nas o swych licznych związkach z Polską (pracując w Anglii miał dużo znajomych Polaków, jego była żona też jest Polką, był w Polsce i bardzo mu się podobało).
Następnego dnia poszedłem do lekarza. Zaordynował kurację i zalecił tygodniowy odpoczynek. Ciekawe, czy gdyby Rex wiedział, że zostaniemy u nich tydzień, też by tak ochoczo wyskoczył z samochodu. Ale teraz robią dobrą minę do złej gry i mówią, że możemy zostać. Umówiliśmy się, że w zamian będziemy im gotować polskie jedzenie. W ciągu następnych kilku dni zrobiliśmy więc pierogi, gołąbki, szarlotkę i kapuśniak (sami zakwasiliśmy kapustę), a Daleen zaprosiła chyba wszystkich znajomych w promieniu 50 km. Sami też byliśmy zapraszani (głównie na południowoafrykańską specjalność, czyli braaia) i coraz bardziej zżywaliśmy się z poznanymi ludźmi."

Świat Rowerów RALEIGH TEAM - 2013-03-07

Dnia 23 lutego nawiązalismy współprace z team-em Świat Rowerów z Wołomina. Od tego czasu nazwa teamu to ŚWIAT ROWERÓW RALEIGH TEAM.

Mają juz na swoim koncie kilka malych sukcesów pod szyldem RALEIGH.

24 lutego Świat Rowerów Raleigh Team, odniósł pierwsze sukces. Zawodnik naszego zespołu Jan Nowak zajął 3 miejsce w Santini Northtec MTB Zimą w kategorii M5 na dystansie Fan. Wielkie Gratulacje.

W niedzielę 03-03-2013, zawodnicy Świata Rowerów Raleigh Team, uczestniczyli w Prologu, LOTTO Poland Bike Marathon w Wieliszewie.
Zajeliśmy następujące miejsca:
Na dystansie Mini
Nowak Jan 1 lok. M-5
To już kolejny sukces naszego zawodnika na tegorocznych zawodach. Gratulujemy.

Na dystansie Max
Moćko Daniel 20 lok. M-4

GRATULUJEMY I TRZYMAMY KCIUKI ZA DALSZE SUKCESY!

 

RPA - niebezpiecznie...prawie na każdym kroku - 2013-03-04

Zebry mokną za oknem
  2013.03.01 22:20
 

Preview

Gdzie my jesteśmy? To zupełnie inny świat. Niby Afryka, a nie ma śmieci, klepiska, żebraków. Jest przystrzyżona trawa, kwiaty, fontanna, obok wejście do nowoczesnego hotelu. Kolorowe oznaczenia, czyste, nowe samochody. I mnóstwo białych dookoła. Rowery doleciały w całości i zostały sprawnie złożone. Dopytaliśmy o drogę (nie mamy jeszcze mapy) i boczną drogą ruszamy na południowy wschód. Najbliższy nocleg zaklepaliśmy sobie przez Warmshowers w Witbank, ponad sto kilometrów stąd. Będziemy tam za dwa dni. A teraz jest już późne popołudnie, a nie mamy gdzie spać. Ale pamiętam z poprzedniej wyprawy, że znalezienie noclegu nigdy nie było w RPA problemem, więc może i tym razem się uda, pomimo że to przecież obrzeża dużego miasta. Jedziemy na początek do najbliższego supermarketu i robimy zakupy. Zastanawiamy się właśnie co zrobić, gdy podszedł do nas potężny facet w czarnej koszulce.
- Mówicie po polsku? Z Polski jesteście?
I tak poznaliśmy Tomka, który mieszka tu od dwudziestu lat i dobrze mu się żyje. Pierwszą nockę przespaliśmy na podłodze w jego salonie. A rano ruszyliśmy w stronę Witbank. W tym mieście mamy umówiony nocleg - po raz pierwszy skorzystaliśmy z portalu warmshowers, to taki couchsurfing, tylko że dla rowerzystów, jest tam mniej przypadkowych typów (chociaż jak dotąd nie mamy złych doświadczeń z serfowaniem). Po przeczytaniu przewodnika (kupiliśmy Lonely Planet po RPA na naszego kindla, tym razem zdecydowanie nie polecam LP, jest bardzo powierzchowny) postanowiliśmy przed przejechaniem do Mozambiku, odwiedzić tereny położone na zachód od Parku Krugera. Ludzie po drodze mówią, że jest tam przepięknie.

Po początkowym błądzeniu po drogach zamkniętych dla ruchu i przełajowych ścieżkach wśród hektarów kukurydzy, wyjechaliśmy w końcu na drogę, którą sobie upatrzyłem na mapie (mapę dostaliśmy od Tomka, jest w skali 1cm:16km, ale o dziwo dokładne mapy to coś, z czym w RPA jest duży problem). Jedzie się teraz fantastycznie. Wspaniałe asfalty (tak nam się wydaje po Zachodniej Afryce, w rzeczywistości coraz częściej przy drogach ustawia się tablice "potholes", zamiast je załatać). Wspaniali, grzeczni kierowcy omijają nas z daleka, przepuszczają na skrzyżowaniach. Wyraźnie zresztą widać, że sposób jazdy białych bardzo się różni od tego, jak jeżdżą Murzyni. Kierunki dobrze oznakowane, tyle że trzeba mieć świadomość realiów politycznych w RPA. Tablice "Witbank", które kierowały nas do celu, w pewnym momencie zniknęły, a zastąpiły je "eMalahleni". Nowe władze kraju prowadzą politykę "deapartheidyzacji" kraju (z ich punktu widzenia), czyli odcinania się od korzeni (z mojego punktu). Bo jak inaczej nazwać nadawanie nowych, pseudomiejscowych nazw miastom, które przez białych zostały założone i nazwane, a czarni nigdy w nich nie mieszkali? I jeszcze te nazwy są kretyńskie - np. eMalahleni znaczy "miejsce węgla". Moim zdaniem świadczy to o wybitnie złej woli czarnego rządu, bo nie mam nic przeciwko nadawaniu nowych nazw, jeśli rzeczywiście czują taką potrzebę, ale niech jednocześnie zostawią nazwy stare, które i tak w 99% funkcjonują w społecznej świadomości. Dwujęzyczne tablice - to jakiś kłopot?
Nowa nazwa miasta oczywiście nie jest całkiem znikąd wzięta. Jedziemy przez tereny przemysłowe. Ta część Transvaalu obfituje w bogactwa naturalne. Węgiel, chrom, złoto, platyna. Olbrzymie hałdy ciągną się wzdłuż dróg, nad głowami kilometry linii energetycznych i chmury z kominów elektrowni. Nie jest to może piękne, ale na pewno imponujące. Przyjemna odmiana po zachodnioafrykańskiej dziczy. Dochodzę do wniosku, że zdecydowanie cenię sobie cywilizację i kulturę.

Preview

Preview

Docieramy do Witbank. Na początku przeżyliśmy ciężkie chwile, które o mało co nie doprowadziły do przedwczesnego zakończenia naszej podróży. Przy wjeździe do miasta wielki supermarket Shoprite. Nie mamy nic do picia, a suszy nas mocno, więc staniemy na chwilę. Wokół ani jednej białej twarzy. Podchodzi do nas wysoki gość i zachęca nas do kupna licznych produktów z jego oferty elektronicznej.
- Mam laptopy, tablety, co tylko chcesz. Nie potrzebujesz? Dlaczego, przecież przyda się. Tanio sprzedają. A to, co to jest? - pokazuje na GPSa i sam sobie odpowiada - Aa, GPS! To może chcesz nowy? Moge ci załatwić ("arrange") takie fajne, z dużym ekranem.
Nie mieliśmy ochoty gadać z namolnym typem, uciekliśmy od niego szybko i ustawiliśmy rowery przy wejściu do sklepu, Łucja weszła do środka, a koleś znowu się pojawił.
- Dlaczego nie chcesz ze mną rozmawiać? To nie jest bezpieczne miejsce dla białych. Spójrz, wszyscy dookoła chcą cię okraść. To ja cię przed nimi chronię w tej chwili.
Otworzyły mi się oczy. Rzeczywiście, człowiek po lewej stronie wysyłający smsa znajduje się niebezpiecznie blisko torby na mojej kierownicy. Drugi podchodzi do Łucji roweru z tyłu. Przestawiłem rowery bliżej siebie i wyjąłem gaz, żeby był pod ręką - w tym momencie odwróciłem się na moment tyłem do mojego rozmówcy.
- Nie powinieneś tak nosić telefonu - powiedział, wskazując na tylną kieszonkę koszulki. - A co to w ogóle jest? Samsung? Dotykowy ekran, nie?
Łucja wyszła ze środka zniechęcona długimi kolejkami do kasy. W samą porę.
- Bierz rower, spieprzamy stąd - powiedziałem.
- A co się stało?
- Nie pytaj, tylko zabieraj rzeczy i zjeżdżamy.
Koleś jeszcze chciał chyba z nami zamienić kilka słów, ale nie czekaliśmy na niego. Odjechaliśmy i zatrzymaliśmy pierwszy samochód prowadzony przez białasa, by spytać go o drogę do białej części miasta.
Niestety w RPA ani na chwilę nie można zapomnieć, do jakiej rasy się przynależy. Obiecaliśmy sobie, że będziemy dokładniej przyglądać się dzielnicom, przez które przejeżdżamy, albo pytać białych o bezpieczną drogę.
W Witbank spotkaliśmy się z Keeganem, tym gościem z Warmashowers. Super sympatyczny chłopak i w ogóle fajna rodzina. Niestety pogoda nam nie dopisuje. Pierwsze dwa dni w RPA były słoneczne, ale w miarę jak oddalamy się na wschód, warstwa chmur robiła się coraz grubsza. Gdy obudziliśmy się rano, lał deszcz i padało z krótkimi przerwami cały dzień. Mieliśmy zostać u Keegana tylko na jedną noc, ale w rezultacie zostaliśmy dwa, zwłaszcza że o takich luksusach dotąd mogliśmy tylko pomarzyć - standard życia w RPA jest naprawdę wysoki. Po porannej kawie wchodzę po schodach do naszego pokoju, patrzę w lustro zawieszone nad schodami i widzę... zebry! Zaraz za osiedlową uliczką, kilkanaście metrów od domu spokojnie pasie się całe stadko, wyskubując trawy przy którymś tam dołku na polu golfowym. Okazało się, że tuż obok domu zaczyna się rezerwat. Widzieliśmy jeszcze kilka razy zebry (dwa stadka, w tym młode), a poza nimi również gnu i blesboki. Śniadanie z widokiem na zebry - niektórzy płacą za to miliony! Szkoda tylko że biedne muszą moknąć na deszczu.

Preview

Preview

Prognozy pogody nie są zachęcające, ale trzeciego dnia zbieramy się i ruszamy - wskakujemy na autostradę, a parę kilometrów dalej - na przyzwoitą, choć górzystą boczną drogę. Jedziemy w stronę Graskop, mamy tam zaproszenie na kolejne noclegi, a kanion rzeki Blyde, główna atrakcja północnego RPA (oprócz Parku Krugera), jest bardzo niedaleko. Mamy czasu sporo, chociaż już pojawiają się niespodzianki - polska ambasada powiadomiła nas, że jeśli chcemy jechać do Mozambiku, musimy wcześniej postarać się o wizę, bo od niedawna przestali je wydawać na granicy. Na szczęście nie musimy w tym celu jechać do Pretorii, bo w Nelspruit jest konsulat. To zapewne oznacza dwa dni oczekiwania, ale nie martwimy się tym zanadto, bo szybko sprawdziliśmy, że są w okolicy couchsurferzy gotowi nas ugościć.

KĄCIK PORAD-1- Jak dobrać rozmiar ramy do wzrostu? - 2013-02-27

 

JAK DOBRAĆ ROZMIAR RAMY DO SWOJEGO WZROSTU?

Rozmiar ram do rowerów górskich jest zwykle podawany przez producentów w calach - oznaczających długość rury podsiodłowej od suportu do miejsca łączenia z rurą górną. Niektórzy producenci stosują też swoje własne oznaczenia typu S, M, L, XL itd., natomiast w ramach szosowych długość rury podsiodłowej podaje się zazwyczaj w centymetrach.

W przypadku rowerów górskich do Cross Country i rowerów szosowych istnieje obecnie tendencja do wybierania jak najmniejszych ram i stosowania długich sztyc. W obu przypadkach ma to podobne uzasadnienie. Mniejsza rama jest lżejsza, daje wrażenie większej kontroli nad rowerem i w razie upadku odległość górnej rury od krocza jest "bezpieczna". Rozmiarów ramy nie powinniśmy jednak za bardzo zmniejszyć, gdyż w pewnym momencie może zabraknąć długości sztycy i będzie się nam na niej siedziało bardzo niewygodnie. Rozsądną górną granicą wysunięcia sztycy jest mniej więcej 2/3 jej długości, co limituje minimalny rozmiar ramy.

Niegdyś w rowerach szosowych dość powszechne były ramy dużego rozmiaru, czasem nawet sporo przewymiarowane. Trend ten był podyktowany niemożnością wyprodukowania długich, a zarazem mocnych i sztywnych rur mostków oraz sztyc siodła. Obecnie zostało to zupełnie wyparte między innymi z powodu bezpieczeństwa - odległość górnej rury ramy od krocza, oraz drugiej ważnej cechy - jak największej redukcji wagi. Mniejsze ramy są znacznie lżejsze.

W przypadku rowerów turystycznych i miejskich zwykle lepiej jest dobrać sobie większą ramę, gdyż ze względu na wyższą w tym przypadku wysokość główki ramy, zapewni nam to bardziej komfortową pozycję.

Ramy dobiera się w zależności od wzrostu rowerzysty, często przy ramach szosowych także od długości jego nóg i wymiarów innych części ciała. Trzeba jednak pamiętać, że ludzie mają różne proporcje ciała przy tym samym wzroście i różne preferencje ułożenia się na rowerze, dlatego ostateczny wybór jest zawsze sprawą indywidualną.


Szacunkowa tabelka rozmiarów ram:

Wzrost [cm] Rama sportowa Rama turystyczno/miejska
< 160 14' (XS) 16' (S)
170-160 16' (S) 17' (M)
180-170 17' (M) 19' (L)
190-180 19' (L) 21' (XL)
> 200-190 21' (XL) 23' (XXL)


Jeśli chodzi o dobór ramy szosowej klasycznej, obecnie przyjmuje się orientacyjne wymiary:

Wzrost kolarza [cm] Wielkość ramy klasycznej [C-C] [cm] Długość wspornika kierownicy [cm]
158-165 50-52 8-10
165-167 52-54 10-11
170-180 54-56 11-12
180-185 56-58 12-13
185-188 58-60 13-14
188-195 60-62 14-15

Wielkość ramy klasycznej [C-C] to odległość mierzona od środka mufy suportu do środka zakończenia rury podsiodłowej.


Decydując się na ramę slopingową, stosujemy następujący przelicznik:

Wielkość ramy klasycznej [C-C] Wzrost kolarza Rozmiar ramy slopingowej
50-54 155-168 Small
54-57 168-180 Medium
57-60 180-190 Large
> 60 190-200 eXtra Large

 

 

 

 

 

 

Łucja i Czapla pod eskortą w Nigerii! - 2013-02-25

Nigeria. Nowe oblicze.
  2013.01.25 14:15
 

Po zwiedzeniu miasta Ife skierowaliśmy się w stronę Oshogbo. Te dwa miasta to najważniejsze w Nigerii ośrodki ludu Joruba, z którym spotkaliśmy się już w Beninie, a który tu, w zachodnich stanach Nigerii Oyo, Ogun i Osun tak bardzo daje nam się we znaki. Niezależnie od naszego nastawienia do jego współczesnych przedstawicieli postanowiliśmy zapoznać się z dorobkiem historycznym. Tym z Was, którzy mieli kiedykolwiek coś wspólnego z tańcami latynoamerykańskimi, na pewno wiele mówi słowo Orishas. Ci bogowie, czy może bardziej duchy wywodzą się z mitologii Jorubów i właśnie z terenów dzisiejszej Nigerii oraz Beninu zostały wraz z setkami tysięcy niewolników wyeksportowane do Nowego Świata - na Kubę, do Brazylii.
Nie ma lepszego miejsca do poznawania mitów, pradziejów i dziejów Jorubów niż Ife. Tu bowiem, według ich przekonań, doszło do stworzenia świata. Ziemia była jeszcze cała pokryta wodą, gdy bóg Olodumare spuścił z nieba łańcuch, po którym zszedł jego syn Oduduwa, niosąc tykwę pełną piasku, kurczaka i palmę olejową. Z piasku usypał niewielką wyspę i posadził na niej kurczaka, który natychmiast zaczął grzebać w ziemi, rozgrzebując ją,  tak że granice lądu rozciągały się coraz bardziej i bardziej. Oduduwa włożył w ziemię sadzonkę palmy, a ta zaraz zaczęła rosnąć. Później w tym miejscu założono miasto Ife. Tu już wkracza archeologia, według której miasto Jorubów istniało w tym miejscu już w IX wieku. Niestety - jak to w Afryce - niewiele z tego dotrwało do naszych czasów, a jeszcze mniej - znowu jak to w Afryce - jest pokazywane odwiedzającym. Zachwalane przez nasz przewodnik muzeum to w rzeczywistości sześć gablot ustawionych wokół niewielkiego dziedzińca z dwiema kamiennymi stelami i jednym popiersiem. Eksponaty potencjalnie ciekawe i można by z tego zrobić naprawdę fajne muzeum, gdyby się tym zajął ktoś z głową. Ale chyba za dużo bym chciał... W tym kontekście  muszę stwierdzić, że to naprawdę dobrze, że znaczna część światowego dziedzictwa pochodzącego z Afryki jest eksponowana w muzeach europejskich (albo, mówiąc mniej oględnie, dobrze że Francuzi, Belgowie i Angole nagrabili ile się dało i nie chcą tego Afrykańczykom zwrócić). Przynajmniej te przedmioty mogą rzeczywiście świadczyć o dziejach tutejszych ludów, a nie leżeć gdzieś w magazynach lub zostać rozkradzione do prywatnych kolekcji przy okazji najbliższego konfliktu zbrojnego (patrz casus manuskryptów z Timbuktu - wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,13330040,Malijscy_islamisci_nie_zdolali_spalic_starozytnych.html). To zapewne niepopularna opinia, która bez wątpienia nie spodobałaby się zwłaszcza Afrykańczykom, ale tak uważam i chciałem się nią podzielić.
Ale nie to miałem na myśli, pisząc o nowym obliczu Nigerii. Miał być wstęp, a się rozpisałem. Wieczorem tego dnia, gdy zwiedzaliśmy Ife, zatrzymaliśmy się na noc na niewielkim posterunku policji przy drodze do Oshogbo. "No problem, no problem" - powiedzieli panowie policjanci, gdy spytaliśmy, czy możemy tu przenocować. "Uważajcie na policję, to często są tu najgorsi bandyci" - dostaliśmy z kolei smsa z ostrzeżeniem od osoby dobrze zorientowanej w nigeryjskich stosunkach, którą na bieżąco informowaliśmy o naszej podróży. Ale wyszło dobrze, nawet znacznie lepiej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Przyjechał oficer, który musiał wydać zgodę na nasze nocowanie na komisariacie. Potem przyjechał jego przełożony. To było już w nocy, gdy spaliśmy, więc poznaliśmy go dopiero rano. Był bardzo sympatyczny, kazał nam przynieść kilka wiader wody, żebyśmy mogli się umyć, a potem zaskoczył nas, bo przyniósł zgrzewkę wody, żebyśmy mieli co pić. Z minuty na minutę nasz poziom zaskoczenia wzrastał. Już byliśmy gotowi do drogi, gdy pan zaproponował, że kupi nam trochę owoców. Posłany po nie szeregowy wrócił po chwili z ogromną siatką pomarańczy (które jedliśmy potem jeszcze w Abudży). Pan powiedział, że on jest Commissionary Police i żebyśmy, gdzie byśmy się nie znaleźli i w jakiej by to nie było sytuacji, bez wahania jechali na najbliższy posterunek policji i prosili o rozmowę z jego lokalnym odpowiednikiem. Rozkręcał się coraz bardziej. Stwierdził, że pewnie nie mamy nigeryjskiej waluty i pomimo że wyprowadziliśmy go z błędu, wręczył nam 2000 naira (ok 40 zł!), żebyśmy sobie kupili coś do jedzenia.


 
I wtedy przyjechał szef całego okręgu policyjnego. Zarządził, że zostaniemy odeskortowani do samego Oshogbo. No i dalej było tak, jak kiedyś w Egipcie. A może nawet bardziej, bo było tylko dwoje Oyigbo, dwa rowery, a do tego dwa policyjne samochody i z ośmiu ludzi. Tak bezpiecznie to jeszcześmy się w Nigerii nie czuli. Zatrzymaliśmy się na moment na śniadanie w szczerym polu, żeby zjeść kilka kawałków chleba z dżemem (nie chcieliśmy jeść rano na komisariacie, ale też nie wiedzieliśmy, że będziemy mieć obstawę). Policjanci z szefem okręgu na czele czekali na nas przy drodze, żebyśmy spokojnie mogli przeżuć. Pecha miał przypadkowy rolnik zbierający akurat ryż na polu, które upatrzyliśmy sobie jako plener na nasz posiłek. Został przez policję przywołany z pola, przesłuchany i nie mógł wrócić do swojego ryżu, dopóki nie wsiedliśmy na rowery. A potem już bez żadnego postoju dojechaliśmy do granic Oshogbo, a tu... przejął nas kolejny patrol. Też dwa samochody, dziesięciu policjantów z kałasznikowami. Wjazd do miasta dwupasmową ulicą był bardzo przyjemny, a to z tego powodu, że policyjne samochody jechały tuż za nami w taki sposób, by nikt nie mógł nas wyprzedzić. Cała droga nasza! Korek sięgał po horyzont :)



Zajechaliśmy na komendę, gdzie wyszedł nas przywitać szef okręgu Oshogbo. Porozmawialiśmy, spytał, jakie mamy plany i co chcemy zobaczyć, obiecał eskortę. "Oto 2000 nigeryjskich naira - powiedział - zapraszam was na obiad". Odmówiliśmy przyjęcia pieniędzy (później żałowaliśmy, bo przecież "dają to bierz, biją to uciekaj"), pan komendant się trochę naburmuszył, ale zaraz mu przeszło. Opowiadaliśmy później ludziom o tej sytuacji, to nie mogli uwierzyć. W Nigerii policja kojarzy się raczej z zabieraniem pieniędzy, niż z dawaniem...

Tego dnia Oshogbo było całkiem zakorkowane, bo pojechaliśmy najpierw do pałacu króla, później do świętego lasu Jorubów (na liście Unesco, ale chyba trochę na wyrost - mamy wrażenie). Obejrzeliśmy świątynię, posągi bogów, w tym szczególnie tu czczonej Osun, boginki lokalnej rzeki, pół-kobiety, pół-ryby. Pojechaliśmy do najlepszej w mieście, a w każdym razie najmodniejszej, restauracji i wybraliśmy sobie różne fajne lokalne potrawy, które zamierzaliśmy zjeść za zdrowie komisarza, który rano dał nam kasę. "Nie, nie. Jesteście moimi gośćmi" - powiedział właściciel restauracji, biorąc nas najwyraźniej za nie wiadomo jakich VIP-ów (w sumie uzasadnione skojarzenie na widok jedenastu policjantów z długą bronią i w kuloodpornych kamizelkach). Panowie towarzyszyli nam jeszcze w punkcie firmowym sieci komórkowej MTN (bo nie działał mi internet w telefonie), w supermarkecie, aptece i w końcu odprowadzili nas na dworzec kolejowy - ale to już następna historia.
Tak to postawiliśmy na nogi policję w stanie Osun.

Najnowsza kolekcja 2013 w bikeBoard katalogu! - 2013-02-19

Nowy katalog rowerowy bikeBoard, a w nim najnowsza kolekcja Raleigh 2013!

Link do strony:

http://katalog.bikeboard.pl/produkty,2013,rowery,brand=124

 

Inauguracja nowego RALEIGH TEAM 2013 - 2013-02-11

 

 

INAUGURACJA TEAM RALEIGH 2013

 

 

 

 

 

     W Nothingham mialo miejsce niezwykle wydarzenie. Przedstawiony został nowy sklad Raleigh Team-u na sezon 2013.

     Inauguracja odbyla się w siedzibie Raleigh UK, głównego sponsora drużyny. Obecnością zaszczycili m.in. przedstawiciele GAC; Viv Anderson, były zawodnik drużyny pilkarskiej Nothhingham Forest i Michael Von, były kapitan angielskiej drużyny grającej w krykieta. Przybyli goście opowiadali o zażyłej współpracy i synergii między Raleigh i GAC-em.

 

Viv Anderson and Michael Vaughan

     Wspominali tez o ogromnych sukcesach Team-u w latach 70 i 80tych, zwycięstwo w Tour de France w 1980 roku, a także o tym jak Team odrodził się na nowo w 2010 roku i pnie się dalej po szczeblach kolarskiej kariery.

     Team Raleigh rozpoczyna sezon 2013 na poziomie Continental, biorac udzial w wyscigach krajowych, europejskich i miedzynarodowych. Jak powiedzial menager Cherie Pridham „...nowa drużuna będzie się starała nie tylko wygrywac zawody, ale przede wszystkim podnosic poprzeczke w kolarstwie Europejskim...”

     Tegoroczny sklad to 4 zawodnikow z 2012 roku: Graham Briggs, Russell Hampton, Evan Oliphant and Matthew Holmes – i ośmiu nowych zawodników; Alexandre Blain, Richard Lang, Lachlan Norris, Sam Witmiz, Mark O’Brien, Rob Britton, Tom Scully, Tom Moses, Mark Christian and Eric Berthou.

     Prezentacje poprowadzil Anthony McCrossan, komentator sportowy Eurosport-u, który przedstawil zawodnikow oraz 3 głównych sponsorow druzyny; Raleigh, GAC i The Nottingham Building Society.

 

     Geoff Giddings, Dyrektor Marketingu Raleigh, odzwierciedlil jak bardzo udany był dla Teamu sezon 2012, kiedy to 50 razy stawali na podium. Powtorzyl tez, ze ich głównym celem w tym roku jest dostac się na szczyt zawodowego kolarstwa.

Geoff Giddings

     David Marlow, Dyrektor Generalny The Nottingham Building Society mowił o silnej relacji lokalnej marki z Raleigh-em, którego Nothhingham było glowna siedziba od ponad 125 lat, „Korzystajac z okazji chcialbym w imieniu całej firmy życzyć wszystkiego najlepszego w nadchodzącym roku”- David Malov

David Marlow z The Nottingham i  Anthony McCrossan, komentator sportowy Eurosport

 

     Bill Hill, wiceprezez GAC dodał „Odnowienie naszej wspolpracy i umowy sponsorskiej zaowocowalo bardzo udanym sezonem. Był to również rok, w ktorym nastapil ogromny wzrost zainteresowania rowerami w Wielkiej Brytanii, dzieki osiagnieciom zawodnikow Raleigh Team-u. „

     GAC jest zachwycony, ze nadal ma mozliwosc wspierania Raleigh Team. Bedzie zachecal do uprawiania tego pieknego sportu, ze wgledu na jego rozwojowosc i faktu iz jest przyjazny dla srodowiska.

   

     Team Raleigh udaje się teraz na Majorke, aby odbyc ciezki zimowy oboz treningowy, aby następnie wyruszyc na pierwsze zaplanowane wyscigi we Francji. Fani z Wielkiej Brytanii beda mogli zobaczyc zespol w akcji w marcu.

MAJORCA - TEAM RALEIGH NA TRENINGU KONDYCYJNYM

 

 

3 Etap Wyprawy Rozpoczęty! - 2013-02-04

Trzeci etap wyprawy. Wzdłuż Zatoki Gwinejskiej
  2013.01.16 13:44
 

Dojechaliśmy do Bohicon w południowym Beninie i chociaż nie widzimy jeszcze oceanu, to właśnie tu zaczyna się trzeci etap naszej wyprawy. Zarówno historia tego regionu (w Abomey znajdujemy pozostałości dawnej stolicy królestwa Dahomeju), jak i klimat (uffff, jakie tropiki!) nie pozostawiają wątpliwości - wyjechaliśmy z suchego serca Afryki w krainy nadmorskie. Zapraszamy więc do śledzenia naszej trasy na poniższej mapie, na którą będziemy co jakiś czas wgrywać kolejne dzienne etapy.

A naszymi wrażeniami dzielimy się na blogach. Wkrótce też wrzucimy do galerii zdjęcia z drugiego etapu. Dziękujemy Wam za zainteresowanie naszymi przygodami i zapraszamy na welocypedy.pl oraz na Łucji blog "Afryka w depresji".

[Aktualizacja 28 stycznia]
Mapa trasy została zaktualizowana aż do Abudży, włącznie z jeżdżeniem po mieście. Ślad oznaczony na pomarańczowo to trasa przejechana koleją. Niestety nie udało się dokładnie zarejestrować całej trasy, bo gdy przysypiałem i nie uważałem, GPS czasem tracił zasięg (jak to w pociągach bywa). Te odcinki trasy, gdzie ma przebieg idealnie prosty są po prostu połączeniem ostatniego zarejestrowanego punktu przed utratą zasięgu i pierwszego po odzyskaniu go. Tam gdzie zarejestrowało się dobrze, warto zwrócić uwagę na przebieg linii kolejowej - jak się wije między pagórkami. Zarejestrowany ślad ma 418 km, w rzeczywistości przejechaliśmy ok. 500 - tyle by wyszło, gdyby została dokładnie zarejestrowana cała trasa.

Ujęcia z 2 etapu wyprawy! - 2013-02-01

Z tego względu, iż zdjec jest strasznie duzo, nie potrafilismy wybrac kilku. 

Dlatego polecamy odwiedzenie strony www.welocypedy.pl

Czapla, nasz dzielny rowerzysta, w pieknej koszulce sponsora.

Link do zdjęc poniżej

http://www.welocypedy.pl/index.php?id_album=100&offset=9&x=galeria&lang=&p=serie&

2 etap wyprawy po Afryce zakończony! - 2013-01-22

Drugi etap zakończony
  2013.01.21 14:10
 

Drugi etap wyprawy to było przejechanie przez środek Zachodniej Afryki. Zaczął się w Bamako, gdy opuścili nas uczestnicy pierwszego etapu, a zakończył - w Bohicon, gdzie wjechaliśmy już w strefę nadmorską. Zaczynamy kolejny etap - wzdłuż Zatoki Gwinejskiej, chociaż ile z tego rzeczywiście będzie nam dane oglądać morze, tego nie wiemy.
Podsumowanie drugiego etapu:
kraje: Mali, Burkina Faso, Benin
trasa: Bamako - Sikasso - Banfora - Bobo Dioulasso - Sabou - Ouagadougou - Fada n'Gourma - Tanguieta - Natitingou - Bohicon
Przeglądam sobie zdjęcia w poszukiwaniu materiału do dalszych tekstów. I widzę niestety, że mnóstwo tematów pominąłem. Nie jestem w stanie ciągle pisać. Prawdę mówiąc, to nawet mi się za bardzo nie chce. Wena przychodzi raz na dwa tygodnie mniej więcej, kiedy jesteśmy w jakimś przyjaznym miejscu ze światłem i prądem. A już najlepiej, żebyśmy byli w takim miejscu przez kilka dni. Poza tym komputera prawie nie włączam. Może szkoda, ale tłumaczę sobie, że przecież co się odwlecze, to nie uciecze. Muszę sobie zostawić kilka nowych wątków do przyszłej książki. Nic nie ginie. Sporo myśli nagrywam, jadąc, na dyktafon, robię też dużo zdjęć po drodze. Czasem są słabej jakości, niewykadrowane, niedoświetlone albo, przeciwnie, zbyt jasne, więc ich na bloga nie wrzucam. Nie mam tu czasu obrabiać każdego zdjęcia w lightroomie. Ale gdy wrócę, to się nimi zajmę. Teraz jednak, przeglądając zdjęcia z Mali i Burkiny, postanowiłem kilkoma się z Wami podzielić, bo myślę, że w mym blogu nie oddałem dotąd prawdziwego obrazu tych krajów.
Dystrybucja paliw



Stacje benzynowe wyglądają tak jak na zdjęciach. W dużych miastach można oczywiście znaleźć normalne stacje z normalnymi dystrybutorami. Niektóre nawet są całkiem nowoczesne, te które należą do światowych koncernów. Ale w mniejszych miasteczkach i w wioskach nadal używane są przedwojenne, muzealne dystrybutory i przede wszystkim - butelki. Jeśli mi będzie dane, to napiszę kiedyś tekst o afrykańskiej ekonomii, ale już teraz zdradzę, że najczęściej kupowaną ilością benzyny jest 1 litr albo nawet 1/2 litra. Tyle trzeba, żeby motorem dojechać do sąsiedniej wioski i to w zupełności wystarcza. A na powrót, jeśli by miało zabraknąć, można znowu dokupić pół butelki. Benzyna jest podłej jakości i to prawdopodobnie z tego powodu zapchała nam się na amen nasza kuchenka (o tym też wkrótce napiszę).

Ciężkie życie zwierząt...
Podejście do zwierząt jest w Afryce bardzo utylitarne, a przede wszystkim konsumpcyjne (kotek nie jest tu wyjątkiem). Nikt się tu nie przejmuje ich wygodą, a często nawet choćby wyżywieniem. Nas zachwycił przede wszystkim sposób transportowania drobiu - czy to pojedyncze sztuki, czy całe stada kur, przewożone są nieodmiennie w ten sam sposób, ze związanymi nogami i głową w dół. Motocykle i ciężarówki wyglądają czasem, jakby obrosły pierzem. Zobaczcie:



... i ludzi.
Ludzie też nie mają łatwo. Jeśli ktoś był w Afryce, to wie, że wszystko nosi się na głowach. Ale jeśli ktoś nie był, może być zdziwiony, że można w ten sposób nosić nawet siekierę.



Transport ludzi odbywa się w nielepszych warunkach niż kur. Wprawdzie mijają nas czasem nowoczesne, wysokie, klimatyzowane autobusy, ale te są bardzo drogie i przeciętnego Afrykańczyka nie stać na podróż w takich komfortowych warunkach. Zwykli ludzie jeżdżą taxi-brousse (taksówkami buszowymi), czyli osobowymi samochodami, starymi jak świat, teoretycznie na pięć osób, ale tu ładuje się do takiego auta dziewięć czy nawet dwanaście osób, nie licząc dzieci i bagażu - często wielkich worków z kukurydzą czy innymi rzeczami. Jeżdżą też taxi-bus, czyli podobnie wyładowane po dach zdezelowane mikrobusy. No i ciężarówki - gdzie ludzie siedzą na pięterku, ponad krowami zajmującymi normalną przestrzeń bagażową. Oczywiście dachy samochodów również nadają się do transportowania ludzi. Jeśli myślicie, że taki autobus czy ciężarówka jedzie ostrożnie, żeby nikomu nic się nie stało, to jesteście w błędzie. Trąbią i pędzą tak samo jak wszystkie inne.  Cieżarówki przewożą też oczywiście towary, a przestrzeń ładunkowa jest wykorzystana co do ostatniego centymetra kwadratowego.



I ostatnia ciekawostka, coś co nam cholernie utrudnia jeżdżenie niekiedy, czyli pożary. W miastach palą się śmieci, a na wsi - trawy. Zamiast wytrzebić chwasty prościej jest po prostu spalić wszystko. W Polsce też tak kiedyś było, pamiętacie? Ale teraz już jest coraz rzadziej. A tu niby rządy z tym walczą, ale nikt się do ich zaleceń nie stosuje. A palenie traw po pierwsze wyjaławia glebę, a po drugie zabija wszystko co w niej żyje. Dla nas gęste dymy były przekleństwem, bo śmierdzi i oddychać trudno. A przejechanie obok takiego płonącego pobocza to też nic miłego, bo gorąco. A ominąć szerokim łukiem się nie da, bo ciężarówki pędzą...

Katalog rowerowy ON-LINE dostepny od dzis! - 2013-01-21

Zapraszamy do odwiedzenia strony WWW.BIKEKATALOG.PL. Najlpeszego katalogu rowerowego w sieci!

Pozniej, w celu ulatwienia zycia link z rowerami z nowej kolekcji Raleigh.

http://ww2.bikekatalog.pl/2013/?rodzaj=rowery%3Awszystkie&marka=339&dystrybutor=

ENJOY!

 

AFRYKA - Przygody z zeszlego tygodnia w pigułce. - 2013-01-16

Piątek 11 stycznia 2013
  2013.01.11 22:14
Cały dzień spędzamu na poznawaniu Ouidach, centrum kultury voodo. Dzieje miasta sięgają końca XVI w., a niehlubną kartę historii zapisało jako ważny ośrodek handlu niewolnikami. Zwiedzamy portugalski Fort Świętego Jana Chrzciciela z Ajudy (São João Baptista de Ajudá) z XVIII w., mieszczący obecnie muzeum i Szlak NIewolników. Trzeba też koniecznie wybrać się na suk, na którym można, podobno, kupić lalki voodoo, suszone głowy małp, czaszki, ogony, jaszczurki, nietoperze i inne magiczne artefakty. Po południu wyczerpująca, z powodu ogromnych fal, kąpiel w morz, a wieczorem miła kolacja, z poznanymi wcześniej Paniami Francuzkami.

 

Czwartek 10 stycznia 2013
  2013.01.10 22:00
Od rana funkcjonujemy bez kawy, bo zapchała się kuchenka i nie dajemy rady jej oczyścić. Dla Czapli to prawdziwy dramat. Po kilku próbach porzucamy walkę z kuchenką i, przy najbliższej okazji, wysyłamy - zgodnie z instrukcją - mail do Pakera. Później ruszamy na zwiedzanie palaców Abomey. Niestety, ciężko je nazwać nawet "kupą kamoli", bo zbudowane są z gliny. Dobry przewodnik, był by w stanie opowiedzieć o nich ciekawą historię, jednak nasz ma silny kacent i prawie w ogóle go nie rozumiemy.
W południe spędzamy znów trochę czasu w kafejce internetowej, a potem ruszamy w drogę. Asfalt jest fatalny i jedzie się paskudnie. Łucja wpada w dziurę i łapie gumę, co skutkuje dodatkowym, przymusowym postojem.

 

Bohicon
  2013.01.09 22:23
Rano wskoczyliśmy na główną drogę Beninu łączącą północ kraju ze stolicą i korzystając z dość przyzwoitego asfaltu śmigamy w stronę morza. Dość gładko zrobiliśmy 60 km, ale potem zrobiło się tak duszno i parno, że nie mieliśmy już siły. Odpoczęliśmy w krzakach, a po południu dotarliśmy do Bohicon, głównego miasta regionu. Przytuliliśmy się przy kościele, bo rano chcemy pojechać do Abomey, jednej z głównych atrakcji kraju. Przyda się też pranie i ładowanie baterii.

Wtorek 8 stycznia 2013
  2013.01.08 22:13
Droga wypłaszcza się i idzie w dół, więc jedzie się całkiem nieźle. W południe docieramy do Savalou, jemy obiad i spędzamy dwie godziny w kafejce internetowej. Po południu jedzie się znacznie gorzej, a wieczorem mamy nadzieję na nocleg przy kościele, ale siostry okazują się mało gościnne.

 

Poniedziałek 7 stycznia 2013
  2013.01.07 07:55
W nocy wystraszyli nasz kłusownicy (?!) grasujący koło obozu. Łucja jest już zdrowa, więc od rana dzielnie pokonuje kolejne pagórki. Miasto Basila, w którym zatrzymaliśmy się na zakupy, mocno na rozczarowało; nie udało się zakupić ani kawy, ani dżemu. Nie mamy już nic na śniadania, więc wciskamy pedały, by czym prędzej dotrzeć nad morze, do naszej Ziemi Obiecanej. Tym bardziej, że wczorajsza kolacja z suszonych rybek, nie za bardzo przypadła nam do gustu. Na szczęście mamy turrón, który trzymam na święto.

 

Niedziela 6 stycznia 2013
  2013.01.06 19:23
Łucja niedomaga, więc rano robimy tylko 20 km i zatrzymujemy się na czterogodzinny odpoczynek. Po południu, udaje się nam przejechać jeszcze 20 km, cały czas przez góry. Na duchu, podnosi nas nieco perspektywa kilkudniowego odpoczynku nad morzem, do którego powoli się zbliżamy.

 

Sobota 5 stycznia 2013
  2013.01.05 21:56
Dzień długiej i nużącej jazdy przez góry. Słońce daje się we znaki, ale cięzko znależć miejsce na postój, więc sjesta wypada później niż zwykle. Pod wieczór docieramy do Djougou. To ostatnie duże miasto które mijamy - przez następnych kilka dni będą tylko wioski i pustka. Robimy więc duże zakupy, a na nocleg rozbijamy się kilka kilometrów dalej.

 

 

TEST ROWERU TALUS 29" w magazynie bikeBoard - 2013-01-04

Raleigh Talus 1.0 29

(…) Rower to jeden z najtańszych modeli na dużych kołach, jaki będzie dostępny na naszym rynku w tym sezonie, co czyni go dostępnym dla szerokiego grona odbiorców (...) Po pierwszej jeździe zdecydowałem się zrobić coś, na co bardzo rzadko się decyduję, czyli obróciłem mostek na ujemny wznos, dzięki czemu rower zdecydowanie nabrał wigoru. Sylwetka się troszkę obniżyła, pozwalając lepiej panować nad kierownicą. Moim skromnym zdaniem rower zyskuje też wtedy wizualnie (...) W rowerach na kołach 29-calowych długość tylnego trójkąta to pewnego rodzaju wyznacznik i test producenta na znajomość rzeczy. Im krótszy ogon, tym lepiej dla zwrotności roweru. Standardem jest wartość 440-445 mm, w której mieści się Talus (...) Na duże uznanie zasługuje napęd Talusa zestawiony w całości z komponentów Shimanowskiej grupy Acera w najnowszej odsłonie. Oferuje ona 27 przełożeń i rozwiązania analogiczne, jak w droższych grupach osprzętu (…). Pełen artykuł znajdziecie w bikeBoard 11-12/2012

https://www.bikeBoard.pl

https://www.facebook.com/bikeBoard

 

 

 

BURKINA FASO - 2012-12-21

Dom Bobów
  2012.12.16 12:08


Bobo Dioulasso to drugie co do wielkości miasto Burkiny Faso i jej największy ośrodek turystyczny. Bo w przeciwieństwie do stolicy, która jest równie stara, zachowało się tu kilka wiekowych budynków. Nazwa znaczy "dom [plemion] Bobo i Dioula", ale używa się wersji skróconej do pierwszych dwóch sylab, podobnie, jak nazwę stolicy skracają do "Ouaga". Przyjechaliśmy do Bobo wczesnym popołudniem i spytaliśmy, czy możemy rozbić namioty przy katedrze katolickiej. Długo czekaliśmy na proboszcza, który, gdy w końcu przyszedł, wystrzelił nas do jakiegoś ośrodka na drugim końcu miasta. Ośrodek okazał się hotelem i wbrew zapewnieniom księdza nie pozwolono nam tam rozbić namiotów. Na szczęście było dormitorium, a nocleg kosztował nas 1500 fcfa od osoby (10 zł), czyli do przyjęcia. I tak najwyższa pora naładować baterie i zrobić pranie, więc nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Tyle tylko, że w międzyczasie zrobiło się ciemno, więc zwiedzanie miasta odłożyliśmy na następny ranek.
Dotarliśmy pod stary meczet (koniec XIX w.), gdzie natychmiast opadli nas przewodnicy. Nie, nie chcieliśmy wejść do środka. Obeszliśmy tylko dookoła zaskakująco niski, pobielany budynek.  Z jego murów wystają charakterystyczne belki, które służą do tego, by po porze deszczowej łatwiej było - stąpając po belkach jak po rusztowaniach - doklejać z gliny fragmenty budowli wymyte przez ulewy. To styl budowania charakterystyczny dla Sahelu i Sahary. Takie budowle można spotkać nawet w Maroku, a najciekawsze i największe znajdują się w Mali, niestety w tej części, która z powodu walk jest dziś niedostępna dla turystów i którą musieliśmy ominąć.



Meczet ładny, ale Bobo ma również drugą atrakcję turystyczną. To Kiboudoue, najstarsza dzielnica miasta. Jesteśmy pełni obaw. Zgodnie z przyjętą zasadą (pisałem o niej już) nie chcemy ominąć czegoś, co przewodnik każe obejrzeć ("pewnie już nigdy w życiu tu nie będziemy"). Ale mamy też świadomość, że zapewne srodze się rozczarujemy. Stare domy pewnie w niczym nie odbiegają od tego, co oglądamy na co dzień, a "święte" sumy niewątpliwie mieszkają w jakimś ohydnym bajorku. "Przewodnicy" zachęcają nas, że dziś będą maski. Troszeczkę nas to przekonuje,  ale tak naprawdę jeszcze bardziej podsyca obawy. Wchodzimy.
Przewodnik mówi, że należy przed wejściem do dzielnicy wykupić bilet za 1000 fcfa, a oprócz tego warto zapłacić przewodnikowi (a jakże), który pokaże najciekawsze miejsca w dzielnicy. Niestety tak to w Afryce działa (chyba się już na to skarżyłem kilka razy), że nic nie jest nigdy wliczone w cenę. Zapłacisz 1000 za bilet, to za chwilę zażądają jeszcze 500 za robienie zdjęć.  No i jeszcze przewodnik, bo inaczej nie będziesz wiedział, dokąd iść... (pamiętacie wodospady Dienbenfelou, czy jak im tam było?). Aaaa, i jeszcze za parking ("Pilnowałem twojego roweru"). Wyciąganie kasy jest zawsze kilkuetapowe. A jeszcze dochodzą obowiązkowe punkty wycieczki, czyli sklepiki lokalnych rzemieślników, w których powinieneś zostawić trochę pieniędzy. Tym razem postanowiliśmy zaryzykować - nie płacimy przewodnikowi, spróbujemy sami odnaleźć (lub spytamy ludzi) miejsca, o których pisze przewodnik. Zaczynamy od najstarszego domu w mieście (tak stary jak samo miasto, czyli z XV w. - pisze przewodnik, a tablica informacyjna na murze - tak, to niewiarygodne, ale naprawdę jest tablica - dodaje mu jeszcze czterysta latek).  Do środka nie można wejść, bo mieszkają tam ludzie - dom, zabytek zerowej klasy z perspektywy Burkiny, a normalnie kozy i kury, i ognisko pośrodku. To znaczy można wejść, ale trzeba znowu zapłacić, bo to nie jest wliczone w cenę biletu. Dziękujemy i oglądamy z zewnątrz, który to zresztą widok w pełni odpowiadał temu, czegośmy się spodziewali - ot, zwykła gliniana chata, taka sama jak wszystkie inne, które oglądamy każdego dnia. Nie bardzo też wiem, jak oceniono, że pochodzi z XV (XI?!) wieku. Przecież wszystkie te domy są ulepione z gliny. To dobry materiał do budowy domów, zwłaszcza w gorącym klimacie, ale ma to do siebie, że podczas deszczu rozpuszcza się często do imentu i trzeba go później odbudować (czyli nałożyć nowe warstwy gliny w miejsce wymytych). Są dwie pory deszczowe w każdym roku, więc pytanie do archeologów - ile gliny pochodzi z pierwotnej konstrukcji domu sprzed stuleci. Może moje Koleżanki (Marta) i Koledzy (Yeti) z liceum, którzy naukowo zajmują się glinianymi domkami sprzed wieków, byliby w stanie wyjaśnić mi tę zagwostkę?



Na głównej ulicy starego miasta gwarno. Ustawiono rzędy ławek, na których zasiedli mieszkańcy. Gra orkiestra - słychać bębny i balafony - rodzaj typowego dla tego regionu ksylofonu, w którym dźwięk rezonuje w różnej wielkości tykwach. Starsze kobiety tańczą. Są i maski, a ściślej - jedna maska. Gość przebrany w różowe futro długim biczem smaga, kogo dosięgnie. Dzieciaki mają radochę, bo podbiegają blisko, a potem z piskiem uciekają. Ale straszliwa maska nie oszczędza też dorosłych. Wbiegła nawet na podwórze jednego z domów i tłucze batem, gdzie popadnie. Dziś święto - pogrzeb jednego ze starych mieszkańców dzielnicy. I to dla niego te wszystkie tańce i bębnienie.



- Znałeś tego człowieka, który zmarł? - spytałem chłopaka, który zgodził się zaprowadzić nas do strumienia ze świętymi sumami.
- Tak, to był mój dziadek - odpowiedział.
Pomyślałem, że pewnie i tak wszyscy są w tej wiosce ze sobą spokrewnieni, więc  zdziwiłbym się, gdyby to nie był dziadek albo przynajmniej wujek. Ale wrodzona delikatność kazała mi zachować te myśli dla siebie. Zajęliśmy się innym tematem.
- Ja tego nie potrafię zrozumieć - wylewałem swe żółcie - próbujecie przyciągać turystów, każecie płacić 1000 franków za wstęp do dzielnicy, a potem prowadzicie ich nad brudną, śmierdzącą, zaśmieconą rzekę, by pokazać im sumy? Przecież to jest ohydne! Świnie żrące odpadki, kobiety piorące ubrania i zwały (ale dosłownie zwały) śmieci spadające z uliczki do rzeki. Jak możecie w takim stanie - mówiłem - pokazywać swoje miasto ludziom?
- No tak, rząd nic nie robi, jest tylko zajęty robieniem pieniędzy - odrzekł nasz przewodnik - ochotnik.
- Przecież to nie jest kwestia rządu, ani nawet miasta. To jest wasza dzielnica. Zbierzcie te śmieci, przecież jeśli tu będzie porządek, to ludzie chętniej tu przyjdą, a tak to każdy ma raczej ochotę stąd uciec, niż tu zostać.



Wiem, że przemawiam do słupa. On mi nawet przyznawał rację, ale to w ogóle nie leży w murzyńskiej mentalności, żeby sobie zawracać głowę przyszłością. Oni myślą wyłącznie kategoriami teraźniejszości. "Taki tu jest klimat, takie warunki, niepewność jutra" - wyjaśniał  mi kilka dni później ojciec Marcin z Sabou. Ale nie zgadzam się. To znaczy, zgadzam się, że taka jest przyczyna, ale, na Boga, przecież mamy XXI wiek, a problemy klimatu - susze, głód itp. - w dużej mierze zostały rozwiązane i naprawdę można by pomyśleć w kategorii inwestycji. Czy naprawdę nie może się znaleźć chociażby jedna osoba, której przeszkadzałoby, że sumy, skądinąd naprawdę olbrzymie i robiące wrażenie,  pływają w ścieku, a nie w rzece? Zresztą to przecież tylko przykład, a tak naprawdę chodzi o znacznie prostsze sprawy - zamiecienie śmieci sprzed sklepu z pamiątkami.
Ech, zauważyłem, że zrobiłem się bardzo krytyczny. Łucja radzi, żebym zachował większy dystans. Ale mi się w tej Burkinie naprawdę nie podoba. Ci ludzie są zdecydowanie, hmmmm, gorsi (?) niż w Mali czy Senegalu. Tak, wiem, że to złe słowo. Pomyślę nad innym.
Poza starym miastem i meczetem w mieście jest niewiele do zobaczenia. Dla mnie oczywiście atrakcją był dworzec kolejowy, imponujący rozmiarem, stopniem zachowania i architekturą nawiązującą do meczetu. Francuzi pozostawili po sobie również ogromny kryty targ, którego bryły nie można niestety dziś podziwiać, gdyż obrosła ze wszystkich stron budami handlarzy. Dopiero po przejściu przez uliczki sprzedawców mydła lub wiatraków i paneli słonecznych (na targu obowiązuje rejonizacja) można znaleźć miejsce, które pozwala uchwycić całkiem przyzwoitą architekturę targowiska.


 

Miasta i miasteczka - 2012-12-19

Miasta
  2012.12.12 17:06
 

Miasto od wioski niekoniecznie musi się różnić liczbą mieszkańców. Widzieliśmy miejscowości, w których z pewnością mieszkało kilkaset osób, a jednak trudno by je było wziąć za miasteczka. Widzieliśmy też miejscowości znacznie mniejsze, które z kolei trudno byłoby ochrzcić mianem wioski. Wydaje mi się, że najbardziej widomym znakiem, czy mamy do czynienia z miasteczkiem, czy z wioską, jest handel. W sensie architektonicznym miasta są jak duże wioski – mogą tak samo składać się z dużej ilości okrągłych domków. Ale jeśli w niektórych z nich są sklepiki, przed innymi kobiety gotują mafe na sprzedaż, jeśli ktoś sprzedaje butelki z benzyną, a ktoś inny ma stragan z papierosami i jajkami, to niezauważenie wioska przeobraża się w miasteczko. Czynnikiem miastotwórczym jest bez wątpienia droga. Mieliśmy okazję zaobserwować na przykładzie drogi z Kenieby do Kity, jak przy nowym asfalcie szybko powstają nowe punkty handlowe – warsztaty i sklepiki – a wioski zamieniają się w miasteczka. Przecież kierowcy ciężarówek coś muszą jeść. Motocykliści gdzieś muszą kupić litr benzyny, jeśli po nowej drodze chcą śmignąć do sąsiedniej wioski. Jest handel – jest miasto. A czy mieszka w nim 100, czy 100.000 osób – to już bez znaczenia. Miasto zwykle wygląda tak samo – niskie, jednopiętrowe domy z gliny lub mułowej cegły - niewiele się różni od wsi. Po ulicach tak samo chodzą owce i kozy, tak samo dzieci bawią się na ulicy. Domy mieszkalne też są takie same – okrągłe, gliniane. Tylko w niektórych, już naprawdę dużych miastach można spotkać domy murowane. Są to przede wszystkim gmachy administracji miejskiej i państwowej, policja i żandarmeria, szkoły, budynki kolejowe, jeśli przez miasto przebiega kolej. Część tych budynków pamięta jeszcze czasy Francuzów – widać, że kiedyś musiały być piękne, ale dziś są w fatalnym stanie. Przykro patrzeć, jak chylą się ku ruinie. I przykro że nikomu to nie przeszkadza. Nie ceni się tu zanadto dorobku historycznego. Jeśli powstają prywatne budynki murowane, to zwykle nigdy nie są kończone. Budowa trwa latami, jeszcze nie ukończone, a już - rudery jeszcze bardziej szpecąc krajobraz sterczącymi prętami zbrojeniowymi i czarnymi otworami, w które nigdy nie zostaną wprawione okna.



Sklepiki i warsztaty ze słomianymi dachami wystającymi nad ulicę. Ciągną się całymi rzędami,  a w dużych miejscowościach rozrastają się w miasto w mieście – targ. Czasem prowizorycznie zadaszony, czasem nawet wznosi się w tym celu rodzaj hal targowych, zwykle dość okropnych. Handel to podstawowe zajęcie Afrykanów i nietrudny sposób, by zarobić parę groszy. Najprostszy i niewymagający dużych nakładów. Masz coś do sprzedania, to po prostu rozstawiasz stragan i sprzedajesz. Czy to banany, czy pomarańcze, czy soki owocowe porozlewane do małych torebek, takich „na raz”. Nie trzeba nawet mieć straganu – bierzesz dwie kiście bananów do rąk i wciskasz kierowcom samochodów, którzy stanęli na stacji benzynowej. Albo stawiasz sobie na głowie wiadro z kawałkami papai lub gotowanymi na twardo jajkami i oferujesz je pasażerom mikrobusów, które na moment przystają w mieścinie. Całe chodniki są zastawione tymi prowizorycznymi straganami, więc przechodnie muszą przeciskać się ulicą między samochodami. Mieć prawdziwy sklep to już poważna sprawa, nawet jeśli to tylko kilka metrów kwadratowych. W cieniu takiego sklepu siedzi dumny sprzedawca wraz z rodziną, przyjaciółmi, sąsiadami i spotkanymi akurat przypadkiem ludźmi, którzy skwapliwie skorzystali z okazji, by przystanąć i pogadać chwilę. Rozmawiają, popijając herbatę lub leżą podrzemując.



Wieś jest brudna, ale miasta to prawdziwy Sajgon. Zwały – dosłownie zwały śmieci leżą na każdym kroku. Nikomu to nie przeszkadza. Jeśli ktoś handluje mięsem, rzuca niepotrzebne resztki na ziemię, wszyscy po tym depczą, muchy się zlatują. To samo z oczyszczonymi właśnie dla klienta rybami i z każdym innym niepotrzebnym przedmiotem – po prostu rzucasz pod nogi, bo co masz z tym zrobić, przecież koszy na śmieci nie ma. W niektórych miasteczkach chyba nawet ktoś sprząta od czasu do czasu ten syf i wywozi na przedmieście – tam zajmują się nim kozy, sępy, a czasem ktoś z litości poleje trochę benzyny i podpali. Do zwykłego smrodu gnijących odpadków dołącza się wtedy jeszcze gryzący dym z płonącego plastiku. Śmieci walają się nawet na skwerach i przy pomnikach – tak, tak, widzieliśmy tu pomniki i to czasem nawet w nie największych miastach. Sam pomnik może nawet być zadbany, odnowiony, ale jego otoczenie – pożal się Boże! Wydawałoby się, że pamiątka ofiar wojny czy kolonializmu powinna stać w godnym otoczeniu, ale tu, w Afryce zwykle wygląda to tak jak na zdjęciach.

DRUGI ETAP WYPRAWY ROZPOCZĘTY - 2012-12-11

Drugi etap wyprawy rozpoczęty
  2012.12.03 14:05
 

Etap drugi wyprawy to miał być spływ Nigrem. Niestety od kilkunastu miesięcy docierały do nas coraz smutniejsze sygnały o sytuacji wewnętrznej w Mali i wycieczka łodzią do Timbuktu od dawna była nierealna. Co więcej, potencjalna trasa skracała się coraz bardziej. Dziś wiemy, że jest absolutnie nieroztropne - jeśli w ogóle możliwe - płynąć Nigrem dalej niż do Segou, zaledwie 200 km od Bamako, a 150 od miejsca, w którym rzeka staje się spławna. W tej sytuacji ze względów na bezpieczeństwo osobiste musimy zrezygnować z wyprawy Nigrem. Szkoda, ale pocieszające jest to, że sygnały, które docierają do nas z Sudanu Południowego, są pozytywne. Może więc uda się spływ Nilem, który przez ostatnie miesiące też stał pod dużym znakiem zapytania.

Kierujemy się z Bamako w stronę Sikasso, a potem do Burkiny Faso. To już jest etap dwuosobowy. Zapraszamy do śledzenia postępów wyprawy, będziemy starali się w miarę na bieżąco o nich informować. Mój polski telefon powinien już zacząć działać. Na tych kilka dni, które zostały nam w Mali, nie będziemy kupować karty SIM. Natomiast spróbujemy ją nabyć w Burkinie, by móc codziennie wysyłać raport o miejscu, do którego udało nam się dotrzeć. Niezależnie od tego zapraszamy do czytania naszych relacji na blogu, które co kilka dni będzie zamieszczało biuro prasowe (niezastąpiona Kasia).

Na poniższej mapie będziemy zaznaczać etapy dzienne. Trzymajcie kciuki.

[aktualizacja 10/12/12]

Ślady z pierwszego tygodnia drugiego etapu już naniesione, aż do Sikasso. Niebieskim, jak zwykle, te odcinki, które pokonaliśmy rowerami, natomiast na pomarańczowo zaznaczyłem trasę, którą przejechaliśmy autobusem w związku z moją chorobą. [Cz]

 


 

BIKE STORY. Dzien z zycia cyklisty - 2012-12-11

Dzień z życia cyklisty
  2012.12.04 22:27
 

Zostaliśmy sami… Ale przez miesiąc uczestników wyprawy było pięcioro. Jak się podróżuje we dwoje – tego (jeszcze) nie wiem (gdy się dowiem, napiszę). Na wszystkich dotychczasowych wyjazdach byłem w przynajmniej kilka osób. To dużo doświadczeń. Może dzięki nim, a może dzięki zdecydowanie pokojowemu i koncyliacyjnemu nastawieniu wszystkich uczestników pierwszego etapu, przebiegł on bez większych spięć i raczej przyjemnie. Łzy przy pożegnaniu mogą świadczyć o tym, że uczestnicy byli zadowoleni (chyba nie były to łzy ulgi).
W dzisiejszym odcinku mojej rowerowej opowieści opisuję dzień z życia grupy rowerzystów w Zachodniej Afryce. Dedykuję ten wpis uczestnikom pierwszego etapu – żeby w zimnej Polsce przypomnieli sobie, jak to fajnie było w Afryce. Mam też nadzieję, że ten wpis zaspokoi ciekawość tych, którzy nigdy dotąd nie byli na rowerowej wycieczce, a zwłaszcza – na Czarnym Lądzie.
Mamy zimę, czyli dzień krótki. Tylko 11 i pół godziny. Oczywiście w porównaniu z deprymującymi ciemnościami panującymi obecnie we Wschodniej Europie może się to wydawać bardzo długim dniem, ale do jazdy na rowerze wcale nie jest to aż tak długo. Wstajemy o 6.20. Renata jest odpowiedzialna za budzenie, bo jest bodaj jedyną, której działa telefon (notabene, mój nie działa od dwóch tygodni, ale już zapłaciłem zaległy rachunek i spodziewam się, że wkrótce będzie działał). „Pobudka” rozlega się nieco zaspany głos, a w naszych trzech namiotach zaczyna się ruch. O tej porze jest jeszcze szarawo (im dalej na wschód, tym jaśniej), więc czasem wstawanie przeciąga się o kilkanaście minut.
Rozpalam kuchenkę. W pierwszej kolejności idzie dzbanek z kawą. Do kawy mleko – w proszku, bo świeże można kupić tylko w dużych miastach a w tym upale nie przechowa się go poza lodówką dłużej niż kilka godzin. Potem gotujemy w dużym garze wodę – każdy bierze, ile mu potrzeba, z reszty robimy herbatę. Śniadania są we własnym zakresie – każdy sam dba, żeby mieć coś do jedzenia. Wojtek zalewa sobie zupę w proszku (od czasu wyjazdu z Ryśkiem przestało mnie dziwić, że można jeść rano zupę), mama i Renata jakieś płatki z saszetki. Łucja je płatki owsiane (półtora kilo zabranych z Polski poszło w miesiąc, wyobrażacie sobie?), a ja – choć nie mam w zwyczaju jeść śniadań, ale co mam robić, gdy wszyscy się obżerają – zjadam bułę z dżemem lub miodem (udało się kupić w Kedougou). Pozostałością po francuskich rządach w tej części Afryki są bagietki :)



Po jedzeniu pakujemy obóz. Nauczeni doświadczeniem nie czekamy już, aż namioty wyschną, tylko zwijamy mokre. W południe je rozłożymy na słońcu, wyschną momentalnie, a rano można czekać i czekać. I już ruszamy. „Już” czyli dwie godziny od pobudki. Pomimo największych starań nie udało nam się ani razu zejść poniżej półtorej godziny. Między 8 a 8.30 wyprowadzamy rowery na drogę. To ważny moment. Jeśli mama złapała gumę (tak się składa, że to ona je głównie łapała na tym wyjeździe), to dowiemy się o tym dopiero teraz i stracimy kolejne pół godziny na łatanie. Włączenie GPSa, poprawienie sakw i… Ruszyli!



Rano jedzie się przyjemnie. Jest chłodno, rześko. Pierwsze 15 km łykamy zazwyczaj gładko. Drugie też, czasem trochę gorzej z trzecim, bo wtedy już się robi ciepło. Tak nam gładko się ułożyło, że jeździmy odcinkami 15-kilometrowymi – trzy rano, dwa po południu. Co 15 km przerwa – czy to w wiosce – na kawę (nescafe z olbrzymią ilością cukru), czy pod drzewami przy drodze. A ok. 12:30 przychodzi pora sjesty. Zwykle jest zbyt gorąco, by jechać (40 stopni i więcej się zdarzało), więc wolimy dwie, trzy godziny przeleżeć sobie w cieniu, zdrzemnąć się, poczytać, porozmawiać i zjeść obiad, który gotujemy wspólnie. To przyjemny czas leniuchowania, ale też pracy, jeśli na przykład ktoś zaplanował sobie na ten czas pranie. Jeśli na trasie danego dnia mamy duże miasto, celujemy tak, by sjesta wypadła w mieście. Wtedy nie gotujemy, tylko jemy w restauracji. Nasze ulubione (i zazwyczaj jedyne dostępne) dania to mafe (ryż z sosem z orzeszków arachidowych i kanapki z gotowanym lub smażonym jajem. Przerwy, które wypadają w wioskach lub miastach, wykorzystujemy też na zakupy. Niestety często wybór dostępnych towarów jest tak niewielki, że druh kwatermistrz (ja) i kucharz (też ja) muszą się nieźle nagimnastykować, by przygotować z nich smaczny, urozmaicony i obfity posiłek. Takie chwile odpoczynku to też dobra okazja, by nawiązać kontakt z mieszkańcami, tak dorosłymi, jak i dziećmi.



Ruszamy ze sjesty na dwie i pół godziny przed zmierzchem. Jedziemy z krótką przerwą, a na godzinę przed zachodem słońca zaczynamy się rozglądać za wodą na wieczór, a potem – za dobrym miejscem na nocleg. Jedno i drugie nie zawsze jest łatwe. Nabranie wody dla pięciu osób zwykle zajmuje przynajmniej kwadrans. Każdy nabiera sobie przynajmniej 8 litrów. To woda do mycia, do gotowania i do innych celów wspólnych (mycie garów), na herbatę wieczorem i rano, i do picia na całe następne przedpołudnie. Nie w każdej wiosce jest woda. W Senegalu zwykle nie było z nią problemów, ale już w Mali parę razy musieliśmy sporo się naszukać zanim ją znaleźliśmy. A raz nie udało się wcale i musieliśmy nocować tylko z tym, co mieliśmy (tak, tylko raz nie było prysznica, to nowa jakość welocypedowych wyjazdów). Woda mieszka w kranach (w miastach), w pompach (w większych wsiach) lub w studniach (w małych wioseczkach). Nabieranie wody to zwykle okazja do poznania większości mieszkańców danej miejscowości…



No i nocleg. Po wybraniu odpowiedniego miejsca rozstawiamy namioty i chowamy do nich materace i śpiwory. Potem mycie – jak już pisałem, mamy turystyczny prysznic, co okazało się strzałem w dziesiątkę. Nie ma to jak prysznic po całodziennym wysiłku! Miska, przebój poprzedniej wyprawy przez Afrykę, może się schować! Potem jest wspólne gotowanie jedzenia, a później – herbaty, którą doprawiamy limonką (dla zdrowia), goździkami (dla smaku) i oczywiście cukrem (dla krzepy, bo nam krzepa potrzebna). Ząbki i do namiotów – gadanie, czytanie i inne zajęcia w podgrupach. Kanchi!

Przeprawa przez Park Narodowy NIKOLO KOBA - 2012-12-06

Niokolo Koba
  2012.11.19 21:31
 

Preview Park Narodowy Niokolo Koba jest największym obszarem chronionym w Senegalu i jednym z najważniejszych w tej części Afryki. Można tu spotkać (jeśli się ma szczęście) między innymi słonie, które w Zachodniej Afryce występują dość rzadko, i szympansy – to prawdopodobnie najbardziej wysunięte na północ miejsce, które zamieszkują.

Są też lwy. Więc tym bardziej chcieliśmy zobaczyć ten park, chociaż były poważne wątpliwości, czy pozwolą nam przejechać przezeń rowerami. W tej kwestii docierały do nas (jak to często bywa) sygnały dwojakie. Francuz, z którym korespondowałem przez wyjazdem, napisał mi, że są tu „lwy i inne bestie” i nie należy tu jechać rowerem (on sam przejechał samochodem), natomiast drugie nasze źródło, mój kolega Łukasz, który również jeździł w tym regionie rowerem jakieś dwa lata temu, mówił, że nie powinno być problemu i po asfaltowej route nationale, która przechodzi przez środek parku, powinniśmy bez trudu przejechać.

Preview

Preview

By się upewnić, w Tambacoundzie udaliśmy się do biura PN i postanowiliśmy zasięgnąć informacji z pierwszej ręki. Spotkaliśmy Ważnego Pana odzianego w beżowy mundur z belkami na pagonach i to jego postanowiliśmy wypytać.
- Po asfalcie możecie jechać – powiedział.
Ale przyznam, że to nie było rozwiązanie, które mnie do końca satysfakcjonowało. Planowałem bowiem przeciąć park mniej uczęszczanymi drogami i dostać się w ten sposób do położonej na południe od niego, już w kraju Bassari, Salematy.
- Ce n’est pas possible – wyjaśnił grzecznie Ważny Pan, a jeden z przewodników powiedział nam dlaczego:
- Gambia niesie teraz tyle wody, że przelała się ponad mostem. Jeśli chcemy tamtędy przejechać, używamy łodzi, ale turystów w ogóle tamtędy nie puszczamy.
W tej sytuacji uznałem, że należy trzymać się asfaltu, a po kraju Bassari zrobić wycieczkę z Kedougou. Tak też zrobiliśmy. Półtora dnia zajęło nam dotarcie do granic parku. Na wszelki wypadek postanowiliśmy przemknąć chyłkiem obok posterunku. Niestety nie udało się.
- Na rowerach nie możecie jechać – stwierdził wielki i głupkowaty strażnik.
- Ależ właśnie że możemy – odpowiedziałem – pytaliśmy o to w Tambacundzie. Tylko dlatego wybraliśmy tę drogę, w przeciwnym razie jechalibyśmy lepszą drogą przez Kayes.
W krótkiej rozmowie przekonaliśmy gościa. Już nam zapowiedział, że nas przepuści, gdy z daleka wypatrzył nas jego przełożony. Przybiegł i wmieszał się do rozmowy. Niestety był nieco inteligentniejszy, bardziej wygadany i lepiej mówił po francusku niż strażnik.
- Nie puszczamy rowerzystów, musicie załadować się na samochód.
- A kto za to zapłaci?
Typ pominął to pytanie.
- Macie jakiś papier od dyrekcji parku?
Oczywiście nie mieliśmy. Udało nam się go namówić, by zadzwonił do Tamby i spytał dyrekcję o zgodę. Rozmawiali w wolof, wtrącając tylko francuskie słowa.
- Nie zgodzili się. Ce n’est pas possible. To zarządzenie najwyższego szefa.
Usztywnili się jeszcze bardziej. Ponad godzinę siedzieliśmy z nimi, popijając herbatkę i rozmową próbując ocieplić atmosferę. Wreszcie udało nam się namówić go na ponowny telefon. Poprosiliśmy, żeby ustalił, kto z nami rozmawiał przed dwoma dniami, by potwierdził, co nam wtedy powiedział.
Teraz rozmowa trwała dłużej. Po kolejnym kwadransie oczekiwania telefon zadzwonił ponownie.
- Możecie jechać. Tylko bądźcie ostrożni.
Nie czekając aż zmieni zdanie albo aż wróci szef posterunku, wsiedliśmy na rowery, a po minucie zniknęli nam z oczu.
 

Teraz byliśmy tylko my i las.
To zupełnie inne klimaty niż to, co widziałem we wschodniej Afryce. Las jest gęsty, wysoki, nie żaden busz, tylko regularne drzewa, akacje, drzewa tekowe (swoją drogą nie mogę się już doczekać lasu równikowego i tych 60-metrowych drzew, o których tyle czytałem). Pośród nich kępy bambusów. Z olbrzymich liści drzew tekowy kapią krople wody - aż dziw, że mogą kapać tak głośno. Tam gdzie gąszcz jest największy, jest całkiem mroczno. Co jakiś czas pośród gęstwiny wznoszą się olbrzymie termitiery. One już na równinie robią wrażenie, takie wysokie, murowane wieże, a co dopiero tutaj, skryte w mroku, wsparte o pnie drzew, wznoszące się na kilka metrów. Czarodziejskie zamczyska. Las jest gorący i parny. Rozbrzmiewa rozmaitymi, nieznanymi odgłosami. Krzyki ptaków i małp (czasem trudno je odróżnić), głośne bzyczenie owadów. Jedziemy w milczeniu, taki jest onieśmielający. Rozmowa z panami trwała tak długo, że zbliża się godzina naszej południowej przerwy. Aż strach zatrzymać się tak pośrodku tego gąszczu.

Preview

Przy okazji dokonaliśmy ciekawego odkrycia. Czy wiecie, że jeśli na ziemię wyleje się wodę, siadają na niej motyle i jeszcze kilka godzin później są w stanie wyssać z gleby wilgoć? Tak to wygląda w praktyce.
Ale ani podczas dwugodzinnej sjesty, ani potem, gdy przez kolejne trzy godziny jechaliśmy do posterunku Nikolo Koba w samym środku parku, nie wyszły do nas żadne większe zwierzęta. Nie pokazała nam się nawet najmniejsza antylopa, a co dopiero mówić o słoniach. Gęste o tej porze roku liście nie pozwalają wzrokowi przebić się w głąb lasu. Jadąc przecinamy niewielkie strumienie i rzeki. Jedne są wyschnięte, a inne pełne wody – nie wiem, od czego to zależy. Gdy znad mostku wyjrzałem na jedno z takich bajorek, usłyszałem plusk i kątem oka zobaczyłem wielkie cielsko zanurzające się w głębinie. Dwa, trzy metry miał na pewno, więc to musiał być krokodyl. Niestety, pomimo że czekaliśmy na niego jeszcze kilka minut, nie zechciał już wyjść na ląd i ukazać nam się w pełnej krasie. Zobaczyliśmy natomiast wielkiego, przynajmniej metrowego i znacznie mniej strachliwego warana.

Preview

Za to nie zabrakło nam wrażeń wieczorem. Strażnicy posterunku Niokolo wiedzieli już, że przyjedziemy. Obozowisko (campement), które kiedyś było w tym miejscu (bywał w nim nawet Senghor, który zaszywał się czasem w buszu, by pisać – powiedział nam jeden ze strażników), zostało pożarte przez dżunglę. Pawiany korzystają teraz z pozostałości domów. Rozbijamy więc namioty pośrodku posterunku. W porze przygotowywania kolacji odwiedził nas guziec („on się tu urodził, o, w tych krzakach, więc żyjemy tak obok siebie”), który usiłował pozbawić nas sosu pomidorowego i musiał zostać w końcu odgoniony kijem. A przed świtem koncert polifoniczny z sąsiednich zarośli dały nam pawiany (te w przeciwieństwie do guźca uciekały przed nami i niechętnie pozowały do zdjęć). Na śniadanie mieliśmy za to towarzyskiego koczkodana – złodzieja.

Preview Preview

Preview

No i mógłbym tak jeszcze pisać i pisać, ale już naprawdę pora ruszać, więc wysyłam to, co jest. Na zakońćzenie jeszcze tylko wielki skorpion, którego zdybaliśmy na drodze. Największy, jakiego w życiu widziałem.

Preview

Raleigh na Czarnym Lądzie- fotki z wyprawy - 2012-12-04

Fotki z wyprawy do Afryki. W roli głównej Łucja na Raleigh-u Storm 2.0 LDS i Maciek na meskim odpowiedniku tego modelu.

Jest jeszcze jeden pasazer, ale aby go poznac radzimy dokladnie przejrzec wszystkie zdjecia :)

 

Zapraszamy też do odwiedzania naszej strony na FACEBOOKu, tam także znajdują się zdjęcia z wyprawy

 

https://www.facebook.com/pages/Raleigh-PL

 

 


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

"Rowery spisują sie super" Pół tysiąca km pokonane - 2012-11-22

17 listopada, sobota                                                                                                                                                2012.11.17 20:38

Pierwsze pół tysiąca kilometrów za nami. Wgryzamy się powoli w głąb Afryki. Koniec z różnorodnością, z codziennie nowymi widokami i atrakcjami. Daleko w tyle zostawiliśmy niebieskie morze i zielonkawo-srebrzyste rozlewiska Saloum. Znikają nawet majestatyczne baobaby, zastąpione przez kolczaste akacje. Ten proces trwał kilka dni, stopniowo, niezauważenie wybrzeże przeszło w interior. Droga stała się monotonna. Linia asfaltu wcina się w zieleń. Coraz rzadziej mijamy wioski. Na słupkach kilometrowych, które miarowo odmierzają naszą drogę zapisana jest nazwa następnej miejscowości: Kaoloack, Kongheuil, Kaffrine, Tambacounda – odległości między nimi coraz większe. Z początku jednocyfrowe, później najwyżej kilkanaście kilometrów dzieliło od siebie poszczególne miasteczka, a teraz dwadzieścia kilka stało się normą. Słupki odmierzają nie tylko naszą drogę, ale i czas - dzieląc go na ten, który spędzamy w siodełkach i na odpoczynek. Jedziemy 15 km – przerwa, kolejne 15 – znowu przerwa. Po kolejnych 15 dłuższa, dwuipółgodzinna przerwa na obiad i sjestę. Potem jeszcze dwa odcinki.

 

I tak jedziemy już trzeci czy czwarty dzień. Podróż stała się do tego stopnia monotonna, że nie potrafię odtworzyć wydarzeń sprzed dwóch dni, żeby uzupełnić zaniedbany dziennik – dzień jak co dzień – jazda, odpoczynek, woda, zakupy, jazda, spanie. Na szczęście mamy sporą bibliotekę audiobooków, więc nie grozi nam zanudzenie się na śmierć podczas tej monotonnej jazdy.

Przyznam, że mam kłopot, o czym pisać. Wszystko to, co oglądamy, co przeżywamy, już kiedyś było. Już kiedyś to widziałem i o tym pisałem. Te same wioski z glinianych chatek krytych strzechą, te same sklepiki z mydłem i powidłem, sterty śmieci na przedmieściach, te same obwieszone ludzkimi winogronami mikrobusy, które pędzą przez busz po asfaltowej drodze. Brakuje mi nowych doznań. Brakuje mi też trochę czasu na pisanie. Wieczorem jakoś się nie składa – jestem zmęczony, raczej chcę poczytać, niż mam ochotę włączać komputer i zmuszać głowę do wysiłku. Może w następnych dniach będzie łatwiej.

Przez ostatnich kilka dni uzupełniałem dziennik – od początku wyprawy. Nie, nie piszę go – na to nie znalazłbym czasu. Nagrywam dzień po dniu. Doszedłem już do wczorajszego dnia, czyli jestem na bieżąco. A to oznacza, że więcej będę mógł nagrywać z myślą o tekstach do wrzucenia na ten blog. Jest więc szansa, że w najbliższych dniach/tygodniach będę pisał więcej i bardziej treściwie. A zdjęcia, jak zgram, to będę dodawał.

 

Czas zacząć podróż wzdłuż morza... - 2012-11-15

 

08.11.2012                                                                                                                                                                                               2012.11.08 20:29

 

Jedziemy wzdłuż morza, co nie jest łatwe, bo wiele małych dróg nie doczekało się jeszcze asfaltu. Robimy krótki postój na kąpiel w oceanie i zwiedzanie Popengine, a potem ruszamy w kierunku Saly. Nie mamy dziś szczęścia do miejsca na nocleg - po długich poszukiwaniach, rozbijamy się za murem na jakiejś budowie.

 

Ostatni dzień wzdłuż morza                                                                                                                                                               2012.11.09 19:50

 

Nocowaliśmy w Saly Portudal (nazwa wskazuje, kto w XV wieku założył tę miejscowość), tutejszym Sopocie. Chcieliśmy spać nad morzem, długo szukaliśmy noclegu, rozdzieliliśmy się nawet na dwie grupy, które pojechały z miasta w dwie strony, ale niczego nie znaleźliśmy. Zamierzaliśmy już się rozbić w pełnym kolców lasku eukaliptusowym w środku miasta, ale ostatecznie wylądowaliśmy pod murem jakiegoś osiedla w budowie (właściciel Francuz nie chciał nas wpuścić do środka).

Nie był to tak zły nocleg, jak się można było spodziewać. Strażnik pilnujący budowy przez całą noc był obok, więc było bezpiecznie pomimo że w środku miasta. Tyle że ze dwa razy budzili nas jego goście, bo Afrykańczycy nie potrafią rozmawiać cicho. Odwiedziły nas też osły, które akurat to miejsce wybrały sobie na podzielenie się ze światem wiadomością o swym losie. Okropne wrażenie, gdy osioł znienacka ryczy tuż przy uchu. Zwinęliśmy się sprawnie, zjedliśmy i ruszyliśmy do Mbour, dużego miasta, którego atrakcją turystyczną jest wielki port rybacki. Niesamowity obraz. Duże, kilkudziesięcioosobowe łodzie podpływają do plaży, mężczyźni na głowach wynoszą wiadra i skrzynie pełne ryb, a kobiety na plaży przejmują od nich towar, na miejscu czyszczą i sprzedają. Tysiące ludzi na wąskim skrawku piasku. Brud, smród i ruszające się od białych robaków gnijące rybie resztki pod stopami. Nikt sobie nie zada trudu, by trochę tu posprzątać. Łucja mówi, że była w podobnym porcie w Maroku, tyle że tam było wszystko na bieżąco sprzątane. Oto Afryka.

To dzień pełen atrakcji. Jedziemy wzdłuż morza do miasta Joal. Wciskamy pedały, choć już dawno po południu, ale nie ma sensu robić sjesty w wiosce, skoro niedaleko jest ciekawe miasteczko. W końcu docieramy – wykończeni upałem. Zostawiamy rowery pod dużym drzewem przy plaży i zaczynamy od kąpieli w morzu (to już ostatnia z tej strony Afryki). Odświeżeni idziemy do miasteczka Fadiout. Leży na wyspie, na którą idzie się po długiej kładce przerzuconej przez lagunę. Prześliczne. Zatoka jest płytka, a w wodzie stoją po pas kobiety wyławiające z dna muszle. Zawartość zostanie zjedzona, a muszle posłużą do wzmocnienia miasta, którego uliczki, domy i wszystko, co się w nim znajduje, jest zrobione z muszli. Malowniczy jest też położony na osobnej wyspie cmentarz, również pokryty muszlami.

Preview

Preview

Usatysfakcjonowani wizytą odjeżdżamy definitywnie od brzegu morskiego – ale nie od morza. Przez kolejne dwa dni będziemy jechać przez deltę rzeki Saloum, trzeciej co do wielkości w Senegalu, której wody szeroko rozlane mieszają się z morską wodą, porośnięte lasami mangrowymi. Widziałem takie miejsce w Tajlandii i było przepiękne. Tutaj też jest ślicznie. Nasza droga prowadzi na zmianę po grobli przez wielkie rozlewiska pełne ptaków i przez połacie lądu porośnięte gęsto wielkimi baobabami. Wśród nich jest ten największy – o obwodzie ponad 30 metrów. Robi wrażenie, chociaż na pewno byłby jeszcze piękniejszy, gdyby nie oblepiali go szczelnie sprzedawcy turystycznych pamiątek.

W wiosce nabieramy wody ze studni, cofamy się kawałek i rozbijamy na polu.

 

 

Tekst z bloga Maćka Czaplińskiego " W poprzek Afryki" www.welocypedy.pl

Juz w Dakarze! - 2012-11-06


 
2012.11.05 07:19

Pierwsze wrażenia lepsze, niż się spodziewaliśmy. Zuza mnie przestrzegała przed tłumem opadającym człowieka po wyjściu z lotniska, ale wcale nie było tak źle. Renata i Wojtek na rowerach czekali na nas przy wyjściu, wynegocjowaliśmy w miarę przyzwoitą cenę za taryfę (4000 cfa, ok. 5 eurów). Za dwa km to wprawdzie dość sporo, ale biorąc pod uwagę, że mamy tyle bagażu, to i tak nieźle. Zresztą frycowe musi zapłacić każdy - problem tylko ile. Magda, Renia i Wojtek, jak się okazało, zapłacili trzy razy tyle :) Pojawił się jeszcze problem gratyfikacji za pomoc w spakowaniu bagażu do samochodu - o co oczywiście nikogo nie prosiłem - podziękowaliśmy za dobre serce, ale nie przełożyło się to na pieniądze. Pan taksówkarz też próbował być sprytny i zażądał dodatkowego tysiąca za to że musiał zawrócić i nadłożyć 800 metrów. Bezskutecznie. Nie możemy się dawać naciągać na każdym kroku, jeśli mamy przeżyć w Afryce pół roku.

Hotel przyzwoity. Raczej na plus zaliczamy, zwłaszcza że na podstawie komentarzy zamieszczonych w necie spodzidewaliśmy się czegoś znacznie gorszego. Zrobiliśmy też pierwszą wycieczkę do miasta. Wrażenia bardzo pozytywne, chociaż przewodnik - uważam - stanowczo przesadził, pisząc, że Dakarowi bliżej jest do południowej Francji niż do Afryki.

Teraz muszę kończyć. Jedziemy po wizy do ambasady malijskiej. Spróbuję coś napisać po powrocie, żebyście mogli przeczytać jeszcze przed wyjściem z pracy :)

2012.11.06 09:47

Dziś wyruszamy z Dakaru. Nareszcie. Mamy już go dosyć, chociaż na pewno taka trzydniowa aklimatyzacja dobrze nam zrobiła. Magda, Renata i Wojtek przyjechali w piątek, w sobotę pokręcili się po dzielnicy iodsypiali. W niedzielę wszyscy razempojechaliśmy sięprzejść po mieście. Pokręciliśmy się nieco po dzielnicy rządowej. Wśród ogólnego afrykańskiego syfu ta część miasta robi nieco lepsze wrażenie, a pałac prezydencki jest nawet ładny i zadbany. Nie można tego samego powiedzieć o siedzibie rządu, olbrzymim, obdrapanym gmachu po przeciwnej stronie ulicy. Takie kontrasty są typowe dla afrykańskich stolic. Gdzieś tam za wysokimi murami są czyste i zadbane, tonące w kwiatach rezydencje bogaczy, personelu ambasad, a obok stoją budki sklecone z byle czego, w których mieszkają zwykli mieszkańcy miasta, śpiący, jedzący i pracujący w swoich szałasach. Poszliśmy na Zielony Przylądek. Bardzo ładne miejsce, wysoki klif, z którego widać jak wielkie fale rozbijają się o skały. Są na nim francuskie umocnienia wojskowe dziś służące za domy – w cieniu ścian potężnych bunkrów kozy chowają się przed upałem, na galeryjce z widokiem na ocean facet mokry od potu i wody robi pranie.

Dało nam się mocno we znaki to spacerowanie, zwłaszcza że gorąco było niesamowicie. Żar z nieba, przed którym nie było się gdzie schować. W centrum, do którego wróciliśmy autobusem, żeby nie chodzić tą samą drogą, było trochę lepiej. Wysokie budynki dawały cień, a na tych ulicach, które wysadzono drzewami, było naprawdę przyjemnie. Ale po godzinie łażenia mieliśmy już dosyć – uznaliśmy, że cel został osiągnięty, zapoznaliśmy się z miastem, i możemy wracać. Resztą dnia spędziliśmy na hotelowej plaży i na składaniu rowerów.

A wczoraj znów ruszyliśmy do centrum, tym razem na rowerach. Chcieliśmy sprawdzić, jak będzie nam się jeździło i czy wszystko dobrze działa. Nie działa. Wojtek próbował skręcić rowery już wcześniej, zaraz po przylocie, i o ile z jego własnym poszło mu nie najgorzej, o tyle z młodszym o dwadzieścia lat i trzy generacje rowerem Magdy już nie za bardzo. Nie wiedział, że żeby założyć koło, wystarczy przełożyć oś przez piastę i zacisnąć motylkiem, i zabrał się za rozkręcanie piasty. Rezultat jest taki, że kółko lata we wszystkie strony i jest duża szansa, że na pierwszych wertepach się rozleci. Więc naprawa koła lub kupienie nowego staje się teraz priorytetem.

Odwiedziliśmy malijską ambasadę, żeby zrobić wizy. Wszyscy bardzo mili, wypełniliśmy formularze, zapłaciliśmy za wizy (15 tys. cfa za tygodniową, 22,5 tys. za miesięczną) i zostaliśmy zaproszeni do ich odbioru następnego dnia rano…
- Zaczekajcie. Porozmawiam z konsulem, jest wprawdzie bardzo, bardzo zajęty, ale może uda mi się go przekonać, żeby dał wam wizy jeszcze dziś po południu – oznajmił pan, który załatwiał z nami formalności.
Zniknął na parę chwil w pokoju konsula, po czym wyszedł z uroczystą miną i oznajmił, że paszporty jednak będą do odbioru jeszcze dziś o czwartej.
- Chodź tutaj na moment – skinął na mnie i wyszliśmy przed budynek ambasady. – Konsul zgodził się wystawić wam wizy wcześniej. Może chciałbyś zrobić mu jakiś prezent?
Trudno jest wybrnąć z takiej sytuacji, jeśli nie wiadomo, czy odmowa dania łapówki nie spowoduje, że na nasze paszporty będziemy czekać tydzień. A przecież zależy nam, by mieć je jak najszybciej. Ale zaryzykowałem i odmówiłem obdarowania konsula.

Ruszyliśmy na bardzie planowe zwiedzanie miasta i załatwianie innych spraw, które mieliśmy zaplanowane. Udało nam się kupić butlę gazową, pomimo że byłem przekonany, że tę nakręcaną będzie ciężko zdobyć (we Francji jest system butli przebijanych, więc i w Senegalu o nie nietrudno, ale czy uda się kupić nakręcane, to była zagadka). Kupiłem też jakieś nieznane owoce („lynghy”) i tykwę do dołączenia do mojej kolekcji. Zjedliśmy kanapki z jajecznicą i frytkami (obawiam się, że to będzie nasze podstawowe danie przez najbliższe miesiące). Wypiłem  sok z baobabu. Wszystko jest niestety drogie, znacznie droższe niż we Wschodniej Afryce.Kanapka – 500 cfa. Sok – 200. Miska ryżu z sosem – 500 (kurs franka cfa do euro jest sztywny i wynosi 650). To jeszcze nie tak źle, ale zaskoczyły nas ceny owoców. Banany – 700, papaja – 1200 za kg. Mam nadzieję, że gdy wyjedziemy z miasta, to będzie je można kupić sporo taniej. Tanie są ryby i mięso, więc będziemy jeść ryby i mięso :)

Pokręciliśmy się po mieście. Obejrzeliśmy najpierw wielki meczet, a potem dworzec kolejowy, który jest w stanie zaawansowanego rozkładu, ale robotnicy „pracują”, żeby ponownie uruchomić kolej – „materiał już jest, czekamy tylko na decyzję rządu”. Potem pojechaliśmy na targ, żeby zrobić zakupy na kolację, potem do katedry. O trzeciej stawiliśmy się w ambasadzie. Paszporty już czekały, więc byliśmy do przodu z czasem i mogliśmy spokojnie zahaczyć o plażę przy klifach Mamelles. W przeciwieństwie do hotelowej ta nie jest niczym osłonięta, więc główną atrakcją dla kąpiących się są olbrzymie fale. Plaża służy też za port rybacki, dwie łodzie akurat wróciły z połowu i Renia, której nie chciało się wchodzić do morza, zrobiła sporo fotek.

Pojechaliśmy trochę inną drogą, by zobaczyć z bliska ogromny pomnik „Renaissance africaine”, na którym wielki facet i dziewczyna w krótkiej spódniczce tęsknie spoglądają w stronę Europy, a potem jeszcze- na Przylądek Almadi, żeby zrobić sobie zdjęcia na najbardziej na zachód wysuniętym kawałku Afryki. Wieczorem – narada. Uchwaliliśmy, że nie jedziemy do St Louis. To kolonialne miasto jest wprawdzie największą atrakcją wybrzeża, ale pięć godzin w samochodzie w każdą stronę jest ponad nasze siły. Poza tym priorytetem jest teraz naprawa Magdy koła.

Tekst z bloga Maćka Czaplińskiego " W poprzek Afryki" www.welocypedy.pl

Trochę o tym jak rozpoczęła sie przygoda... - 2012-11-06

2012.10.28 12:03

To był najgorszy lot w moim życiu. Dzisiejszy dzień od początku utwierdza mnie w przkonaniu, że słusznie czynimy znikając na jakiś czas z ojczystej ziemi. No to cofnijmy się do początku…
Przy porannej kawie wyglądam przez okno i co widzę? Drobne, jeszcze niemal niezauważalne płateczki wirują, na razie bardziej lecąc w górę niż w dół. A potem się zaczęło. Gdy wyszedłem, by załatwić ostatnie sprawy, padało już równo i było okropnie. Zgięty wpół przemykałem po ulicach atakowany przez śniegową wodę ze wszystkich stron. Pora uciekać na południe.

Potem wróciłem do domu i zdziwiłem się, że Łucji jeszcze nie ma. Miała się spakować wczoraj, ale tego nie zrobiła, rano też się jakoś nie złożyło, więc teraz o 12.20 sterta rzeczy leży jeszcze na łóżku przygotowana do wrzucenia do sakwy. Umówiliśmy się, że o pierwszej wychodzimy tak, żeby bez pośpiechu dotrzeć na dworzec. Rowery już od wczoraj były spakowane w samochodzie, czekamy tylko na bagaż Lu. Wróciła po kolejnych 10 minutach i powoli się zabrała za pakowanie, podczas gdy ja przekazywałem Ani ostatnie wskazówki (Ania zostaje z kotem na czas naszej nieobecności).

Na dworcu też było z początku troszkę nerwowo i dopiero na peronie się atmosfera uspokoiła. Komitet pożegnalny doniósł obiecane kanapki w ilości, która starczyłaby nam na podróż do Madrytu, nawet gdybyśmy jechali wołami, a nie samolotem. Wrzuciliśmy rzeczy do przedziału, wykurzając przy tym miłą i ładną panią. Pociąg prawie pusty, nikt się nie czepiał, że paczka z rowerami zastawia pół korytarza, pomimo śnieżycy dojechał na czas. Taryfą pojechaliśmy na lotnisko. Zatrzymaliśmy się na moment w jednym ze sklepów, gdzie spotkała nas miła przygoda. Kupowaliśmy wino dla znajomych z Hiszpanii i chciałem też nabyć piwko, żeby się posilić przed odlotem (popić kanapki), tyle że kod kreskowy nijak nie chciał się wczytać.
- Mogę przekląć? – Spytał młody pan sprzedawca. No pewnie że może.

- A ch… Nie potrafią mi tego wbić do systemu, to ich strata. Bierzcie piwo za darmo – stwierdził.
Spytałem, czy w takim razie mogę wziąć więcej, ale to już nie przeszło. Mimo to zdarzenie wprawiło nas w dobry nastrój i w połączeniu z bezproblemowym czekinem i kontrolą osobistą zapowiadało dobry lot. Musieliśmy wprawdzie wypakować z sakwy kilka rzeczy, bo ważyła 17 a nie 15 kilów („Jak będzie 15,9, to przyjmę”), ale nikt nie przyczepił się ani do nadprogramowej sztuki bagażu podręcznego, ani – czego się obawiałem – do mojej kurtki, której liczne, wielkie kieszenie zostały wypchane ciężkimi częściami zapasowymi do roweru i innymi drobiazgami (ważyła 12 kg).

Po wejściu do samolotu pierwsze wrażenie okropne – ciasno jak cholera. Jakoś tak się złożyło, że dawno już nie leciałem Rajanerem i zapomniałem, jak potrafią zaaranżować wnętrze samolotu. Do embraera, który w Locie ma 25 rzędów, tu weszło 32. Nawet kamizelki ratunkowe wyrzucono do paneli nad głowami, bo nie sposób byłoby się schylić, żeby je wyciągnąć spod siedzeń. No ale to jestem w stanie przyjąć za tę cenę, którą zapłaciliśmy za przelot. Natomiast pijanych (i nadal pijących) Polaczków, którzy drą ryje, zaczepiają ludzi, rzucają mięchem, oglądają film z włączonym głosem, nie znoszę. Po godzinie lotu na hasło „przyp… ci w michę” wszyscy mieli nadzieję, że nie skończy się na pogróżkach, tylko naprawdę się pobiją i wylądujemy awaryjnie. Komiwojażerki, przepraszam - stiuardesy, młode, ładne Hiszpanki, w ogóle nie potrafiły sobie poradzić z tą sytuacją, od połowy lotu przestały się pojawiać w tylnej części samolotu, zajmując się flirtowaniem z równie przystojnymi Hiszpanami z przodu kabiny. A dlaczego „komiwojażerki”? Bo podróż Rajanerem przypomina darmową pielgrzymkę na Jasnę Górę połączoną z prezentacją i sprzedażą garnków i pościeli. Panie poza tradycyjnymi napojami i droższymi od pieniędzy kanapkami zaoferowały nam kupno papierosów bez dymu, które można palić w samolocie, a także w innych miejscach publicznych jak muzea i szkoły, losów na loterię za dwa eury, ale w specjalnie dla nas przygotowanej ofercie możemy zaoszczędzić dwa eury, kupując sześć kuponów w cenie pięciu, karty telefoniczne w cenie 10 lub 20 eurów, które możemy wykorzystywać dzwoniąc z zagranicy z telefonów komórkowych, publicznych, a nawet hotelowych, za jedyne 4 centymy za minutę, potem jeszcze perfumy i normalne fajki. Przez trzy godziny szczekaczki w suficie nie milkły. Do tego, przypominam, pijane Polaczki, którzy troszkę przycichli, bo nad Paryżem posnęli, za to moszcząc się i, zaczęli z dużą regularnością kopać w nasze fotele. A, i jeszcze pani, która zasłabła („Czy jest może na pokładzie lekarz?”). Przez trzy i pół godziny atakowało nas, jak stwierdził chłopak siedzący koło nas, „wyjątkowo dużo bodźców”.

Potem już tylko odebranie bagażu (jedna torba, czy raczej opakowanie z plandeki, się nieco rozleciało i musimy sprawdzić, co mogło wypaść), godzinne czekanie na lotnisku na Rodrigo („Będę za pięć minut”) i długa podróż samochodem. I dotarliśmy w sam raz, żeby przed snem wypić piwo i poprawić rioją.

Jest strasznie zimno. W sam raz wczoraj przyszła zima. Jest śliczny, słoneczny poranek, siedzę przed kominkiem, grzeję się, piję kawę. Łucja włączyła tryb wakacyjny. „Nie chce mi się kąpać” – stwierdziła właśnie. Jestem z niej naprawdę dumny. Idziemy na spacer z Sahelem, rozeznać się w okolicy. Wysyłam i idę.

Widok z okna :)

Tekst z bloga Macka Czaplińskiego "W poprzek Afryki" www.welocypedy.pl

RALEIGH WYRÓŻNIONY! TARGI KIELCE BIKEEXPO 2012 - 2012-11-05

Przejechac Afrykę w poprzek RALEIGH-em? Why not? - 2012-10-25

To już jutro!

 Dwójka podróżnikow i rowerzystów Łucja Matusiak i Maciek Czapliński wyruszają jutro w podróż w poprzek Afryki.

Jest nam o tyle miło, że spróbują to zrobić na naszych rowerach Raleigh

Bedziemy śledzić ich przygody i mamy nadzieje, ze rower da rade i tak jak w slynnej reklamie krol zwierzat ich nie dopadnie ;)

 

A tak wygladaja rowery przygotowane do pokonania trasy w poprzek Afryki

 

Życzymy powodzenia i trzymamy mocno kciuki! :)

Wiecej informacji na stronie:

http://www.welocypedy.pl/index.php?lang=1&kat=120

Nadszedł czas rewolucji! - 2012-10-24

Team Raleigh- GAC wystartuje w tym roku w Medzynarodowym Wyścigu REVOLUTION, na torach w Manchesterze i Glasgow, wsród światowej kolarskiej elity.

Runda pierwsza juz za 3 dni. Wyścig startuje 27 pażdziernika o 19:00, na torze w National Cycling Centre,  podczas ktorego bój o

zwyciestwo w pierwszej rundzie THE CHAMPIONSHIP podejmą gwiazdy Team Raleigh - Matt Holmes i Russell Hampton.

Raleigh

Team Raleigh-GAC
Rider 1 Russell Hampton
Rider 2 Matt Holmes
Web www.teamraleigh.co.uk

 

Relacje z wyscigu na biezaco mozna sledzic na stronie http://www.cyclingrevolution.com/championship.php

 

© 2011 - 2017 Raleigh Polska. Wszelkie prawa zastrzeżone
programowanie: PRODO